31 obserwujących
306 notek
302k odsłony
  150   0

Czy człowiek może być naprawdę wolny?


Czytam tekst Kemira, jak to wszyscy staliśmy się niewolnikami, jesteśmy uzależnieni od banków, od pracodawcy, a niedługo będziemy od cyfrowego pieniądza. Tekst bardzo pesymistyczny, straszący Zielonym Ładem i dyktaturą monopolistów. I w głowę zachodzę: czy naprawdę jest gorzej niż dawniej? Kiedy my, zwykli obywatele, byliśmy prawdziwie wolni? Czy może jednak zawsze byliśmy od czegoś (kogoś) zależni, ktoś decydował, czy nas zatrudni czy nie, czy możemy coś nabyć czy nie, jak możemy mieszkać, gdzie się budować, co wciągać nosem, etc. Wolność to przecież rzecz względna i zależna od kontekstu. Kiedy porównuję dawne czasy z opowieści moich rodziców bądź lektur z obecnymi, to za żadne skarby nie cofnęłabym się o te kilkadziesiąt lat.

Weźmy choćby to jojczenie na kredyty, które są podobno smyczą, za którą trzyma nas bank. Owszem, trzeba je spłacać przez kilkadziesiąt lat, lecz przynajmniej dostaje się własne lokum. Co w zamian? Tłoczenie się w wiekowym domu z paroma pokoleniami? Wieczny wynajem? Pewnie, że mieszkanie/dom, za który wciąż spłacasz kredyt, nie jest formalnie Twoją własnością, niemniej możesz z nią tak naprawdę robić, co zechcesz: sprzedać, wynająć, przerobić. A że bank trzyma „na obroży”? No popatrzcie, ktoś odkrył Amerykę, że należy spłacać długi! Czy to jest jednak niewolnictwo? Oczywiście nie jest to stan idealny, ba, kredyt stanowi istotne ograniczenie wolności i obciążenie, lecz nikt przecież do jego wzięcia nie zmusza. Nikt, kto posiada podmiotowość, rzecz jasna.

Marzenie o wolności jest stare jak świat, nie da się go jednak ująć w karby racjonalnej dyskusji bez określenia ram ludzkiej ODPOWIEDZIALNOŚCI. Każdy coś by tam chciał, a często nie może – i to jest dla niego czasami bardzo poważnym ograniczeniem swobody. Życie we wspólnocie wymaga dopasowania się zarówno do obyczajów, jak i narzuconego siłą prawa. Oczywiście jednostki buntują się, olewają przepisy, domagają się zmian i... niekiedy udaje im się coś wywalczyć, jak np. prawo do homo małżeństw, palenia marychy czy zniesienie jakiegoś doskwierającego im zakazu. Zazwyczaj jednak muszą zgiąć kark przed prawodawcą czy choćby zwykłymi mechanizmami rynku. Ci, którzy dzierżą prawdziwą władzę, nie są zainteresowani poszerzaniem wolności szaraczków i nie ma co się łudzić, że zwykły protest paru  tysięcy buntowników coś uzyska.

Według niektórych największym wrogiem wolności człowieka jest państwo. Anarchokapitaliści najchętniej pozbyliby się go całkowicie i wprowadzili ultrawolny rynek, na którym każda jednostka wykupuje sobie wszystkie potrzebne do życia usługi, łącznie z bezpieczeństwem, mobilnością czy wszystkimi prawami. Jednak ta wydawałaby się idealna recepta na najpełniejszą możliwą wolność posiada wiele luk, które opisuje Stanisław Wójtowicz. Anarchokapitalizm to taka sama utopia jak pełnowymiarowy komunizm: prędzej czy później praktyka stanie się parodią teorii.

Nie jesteśmy w pełni wolni i nigdy nie będziemy, zawsze będzie istnieć ktoś lub coś, co wymusi na nas określone zachowanie. Oczywiście ja jestem za tym, żeby każdy robił to, co SAM uważa za słuszne, czyli wywalczył dla siebie tyle wolności, ile to tylko możliwe. Jest to jednak podejście dość kontrowersyjne, nie da się bowiem pogodzić dążeń wszystkich jednostek.


Lubię to! Skomentuj29 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale