31 obserwujących
306 notek
302k odsłony
  432   0

Czy słuchasz tylko własnego sumienia?


Kiedyś wydawało mi się to takie proste: robię to, co SAMA uważam za słuszne. To, co uważają inni, jest ich subiektywnym przekonaniem, które nie przyda mi się w rozwikłaniu moich ewentualnych rozterek. Człowiek szybko się jednak przekonuje, iż często się na swoim osądzie zawodzi, wpada w tarapaty, ponosi porażkę za porażką. Czy warto zatem słuchać wyłącznie swojego sumienia? Czy należy się opierać na swoim osobistym „czuciu”, ignorując opinie innych ludzi? Czy zawsze trzeba czekać, aż ktoś poda twarde dowody na swoją rację, aż pokona nas w dyskusji argumentami?

Sumienie – w niektórych religiach i nurtach etycznych wewnętrzne odczucie pozwalające rozróżniać dobro i zło, a także oceniać postępowanie własne i innych ludzi. Jest to zdolność pozwalająca człowiekowi ujmować swoje czyny pod kątem moralnym i odpowiednio je oceniać. Czynnikiem decydującym w przestrzeganiu tych norm jest poczucie winy, które występuje w momencie uświadomienia sobie rozbieżności między własnym postępowaniem a przyjętymi normami. Sumienie kieruje się moralnymi kryteriami oceny, zależnymi od otoczenia społecznego i wychowania człowieka.

Mogłabym zadać jeszcze jedno pytanie: czy lepiej błądzić, żyjąc po swojemu czy też zaufać bardziej doświadczonym autorytetom i mieć większe szanse na dobre życie? Odpowiedź niełatwa. Sama możliwość, a nawet konieczność dokonania wyboru stanowi dla człowieka tak przykrą uciążliwość, jak i ogromną zaletę, gdyż wymaga od niego olbrzymiej odpowiedzialności, wewnętrznej siły, odwagi. Czy zawierzę własnemu „czuciu” czy może jednak dam się poprowadzić – to zależy od mojego charakteru i poglądów, ba, nawet od chwilowego nastroju, kaprysu, impulsu.

Żyjemy w czasach, kiedy indywidualizm i samostanowienie urosły do rangi bożków, podobnie jak wolność osobista i rzekomo niczym nieskrępowane prawo do samorealizacji. Dla niektórych jest to skręt w złą stronę, gdyż promuje egoizm i obojętność na potrzeby innych, moim zdaniem zależy to jednak od tego, jak ów egoizm definiujemy. Jeśli egoizmem jest stawianie na pierwszym miejscu własnych zachcianek, to można uznać, że egoizmem jest także stawianie na pierwszym miejscu własnego sumienia. Dlaczego bowiem moje widzimisię miałoby być ważniejsze od zapatrywań milionów innych ludzi? Jednak to przecież nasze własne sumienie ocenia, co jest egoizmem, a co nie. Kręcimy się więc w kółko.

Nikt nie jest twórcą własnego światopoglądu. Nie wybieramy naszych wierzeń i opinii, one się formują niejako same, w zetknięciu z konkretną sytuacją. Jak zwykle muszę tu przywołać przykład UCZUĆ. Opowieść o miłosierdziu i współczuciu wywołuje w nas na ogół pozytywne uczucia, opowieść o okrucieństwie i szalbierstwie – negatywne. Czy jednak uczucia zawsze dobrze nas prowadzą? Jaką rolę odgrywa – czy powinien odgrywać – w naszych osądach rozum? Uważam, że jest on dość wątpliwym doradcą, gdyż pozbawiony emocjonalnego wsparcia prowadzi nas często ku urzędniczej bezduszności, beznamiętnej kalkulacji zysków i strat, a już całkowicie stracone dla rozumu są np. całkowite poświęcenie czy też trzymanie się niepodważalnych, a jednocześnie nie dających się logicznie uzasadnić założeń moralnych. To nie rozum pcha ludzi do szukania lekarstwa na tak rzadkie choroby, że ich leczenie jest nieopłacalne z punktu widzenia finansowej gratyfikacji; to nie rozum każe ratować psa, który wpadł do studni, gdyż wymaga to kosztownej operacji techniczno-logistycznej; to nie rozum ukazuje nam piękno i wartość przyrody, wykraczające poza zapewnienie zasobów do przeżycia. Rozum ludzki jest – wybaczcie – w zasadzie... amoralny i amotywacyjny.

Czy jednak ten sławetny głos sumienia, który nazywam „czuciem”, zasługuje na bezwzględne posłuszeństwo? Przecież nierzadko prowadzi nas na manowce, czy to z powodu zbyt wielu zmiennych, jakimi odznacza się dana sytuacja, czy z powodu zbyt skąpych informacji o potencjalnych skutkach danego wyboru, czy wreszcie – i to jest godne uwagi – ze względu na emocjonalne przywiązanie do pewnych rozwiązań, założeń, zasad, które jednak niekoniecznie muszą być obiektywnie słuszne. Jak tu żyć? Czym się kierować?

Zważywszy na to, iż owoce konkretnego wyboru też mogą być oceniane rozmaicie, niektórzy wolą polegać na tzw. moralnych autorytetach, zrzekając się swojej etycznej niezależności i oddając im władzę nad swoją niedojrzałą duszyczką. Tak jest prościej, bezpieczniej, może i przyjemniej. Rozterek mniej, sumienie nie uwiera, nie dręczy, nie rozszarpuje nas wątpliwościami. Co złego jest w przyznaniu się do niewiedzy, do ułomności własnych sądów? Moralny konformizm w pełnej krasie, usprawiedliwiony chęcią uniknięcia większych błędów. Rozumiem, chociaż nie popieram.

Inni zaś właśnie wolą błądzić, macając bezwładnie rzeczywistość niczym ślepiec ściany ciemnej jaskini, dokonując wyborów w zgodzie z własnym JA, tak jakby owo JA było ostatecznym sędzią. I robią to mając świadomość, że jest to sędzia nierzadko skorumpowany, słaby, żałosny, głupawy. A jednak wolą iść swoją cierniową dróżką klęsk i pomyłek, niż zawierzyć temu drugiemu w kwestiach tak nieweryfikowalnych jak dobro i zło. Być może grzeszą pychą, odrzucając opinie większości; być może powinni szukać niewzruszonych, obiektywnie słusznych drogowskazów. A jednak... inaczej nie umieją. Wiecznie błądzący nonkonformiści.

A Ty, Czytelniku? Posiadasz wyrobione sumienie? Pytasz innych, jak powinieneś postąpić? A może jesteś w wiecznym konflikcie ze sobą?


Lubię to! Skomentuj50 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości