Co prawda już się szczegółowo wypowiedziałam na temat mojego stosunku do „prozwierzęcego” języka, ale chciałabym coś jeszcze dorzucić, albowiem na pch24.pl pojawił się bardzo emocjonalny (żeby nie rzec nieco egzaltowany) artykuł na temat „gnojenia” profesora Bralczyka przez tzw. lewactwo:
Moje (oby już ostatnie) refleksje na ten temat:
Po pierwsze, już od ładnych paru dekad wiemy (o ile się tylko tym interesujemy), że wiele gatunków zwierząt posiada świadomość, a niektóre nawet samoświadomość. Zwierzęta myślą, czują, współpracują (tego słowa nie lubi blogerZetjot :)), pamiętają, uczą się, mają swoje rytuały, etc. Wciąż nas czymś zaskakują. Dlatego pomimo głębokiej niechęci do fanatyków typu pani Sylwia Spurek, nie mogę odmówić racji tym, którzy przypisują swoim pupilom zdolność rozumowania czy odczuwania emocji.
Po drugie, nie zgadzam się z tym, iż czułostkowe podejście do psów i kotów na poziomie języka jest psuciem kultury, obyczajów, prawa. Nie, moi państwo, kultura JUŻ się zmieniła. Zmiany nie są nam narzucane odgórnie, tylko zachodzą oddolnie. I to nie przez nadmierną miłość do zwierzaków ludzie rezygnują z potomstwa, tylko na odwrót – najpierw nie chcą mieć dzieci, a potem przelewają uczucia na „braci mniejszych”.
Po trzecie, nasza mieszkająca pod jednym adresem rodzina składa się z dwójki dorosłych osób płci przeciwnej, jednego dziecka oraz dwóch kotów (braciszka i siostrzyczki). Naturalnie dziecko stoi na o wiele wyższym poziomie niż futrzaści podopieczni. Niemniej ci drudzy są również dla nas bardzo ważni. Mają u nas dożywotni wikt, nie wyjeżdżamy bez nich na dłużej niż jeden dzień, znosimy pewne ich wybryki. Czy nasze koty umrą czy zdechną? Przepraszam, a czy to naprawdę jest takie ważne? Nie słowa się liczą, a czyny. Co dedykuję oburzonym na „infantylizm” lewaków prawicowcom: nie marnujcie czasu na krytykę „psich matek”, tylko weźcie się za rozmnażanie, to w ciągu dwudziestu lat nakryjecie swoich oponentów czapkami. :)
Zapraszam do rzeczowej dyskusji.


Komentarze
Pokaż komentarze (149)