Przedzierając się przez setki nawoływań o ograniczenie naszego śladu węglowego i poważne podejście do problemów, z jakimi boryka się w antropocenie matka Ziemia, nie sposób nie popaść w prawdziwe czarnowidztwo. Wydawałoby się, że cywilizacja, którą stworzyliśmy, zmierza ku totalnej zagładzie fauny i flory, opętana żądzą utrzymania wygodnego życia za stosunkowo niewielką – na razie – cenę. Nie obchodzi nas niewolnicza praca półdarmowej siły roboczej w Azji, dlaczegóż więc mielibyśmy się przejmować rabunkową gospodarką leśną czy wymieraniem nosorożców, prawda?
Do zobojętnienia części społeczeństwa dochodzi problem wyboru właściwej drogi ratowania środowiska. Wydawałoby się, że np. rolnictwo ekologiczne jest wyjściem, jednak i ono ma swoje wady:
Mnie osobiście bardziej martwi wycinanie lasów pod uprawę paszy dla bydła niż globalne ocieplenie. Za jedyne sensowne rozwiązanie uważam powrót do małych gospodarstw wiejskich, co jednak wiązałoby się z koniecznością drastycznego ograniczenia spożycia mięsa. Pomysł ten budzi w niektórych sporą niechęć, być może przez skojarzenie z czasami PRLu, kiedy to zwierzęce zwłoki przerobione na wędliny i kiełbasy były nie codziennością, a rarytasem, chyba, że się weszło w bliższą zażyłość z rolnikiem. Nie uciekniemy jednak przed faktem, że przemysłowa hodowla zwierząt stanowi poważne zagrożenie dla środowiska. Ciekawostka: prym wśród szkodników środowiska wiodą poczciwe krówki:
Dodajmy do tego, że produkcja mięsa to obłąkańcze zużycie zasobów i energii:
Weźmy też pod uwagę absurdalnie wysokie zużycie wody, której, co prawda, obecnie nam nie brakuje, jednak jej zasoby (mówimy o wodzie nadającej się do spożycia) nie są przecież nieskończone.
Reasumując: niedługo możemy się znaleźć w czarnej dupie. Pierwszy świat będzie się bronił najdłużej, zsyłając swoje śmieci do trzeciego świata, kupując mięso wyprodukowane na cudzej glebie, wysysając energię z produkującej tanie, nietrwałe rzeczy biedoty. Ale i tę spasioną, przyzwyczajoną do szalonego dobrobytu cywilizację dopadnie jeśli nie globalne ocieplenie, to stanięcie oko w oko z wyniszczoną naturą, zasmrodzonym powietrzem i szybującymi w górę cenami paliwa. Niestety, obawiam się, że i wtedy mieszkańcy uprzywilejowanej części globu nie zechcą wziąć odpowiedzialności za swój chory styl życia. Przypuszczam nawet, że do końca będą się starali udawać, że wszystko jest OK. Po prostu się przyzwyczają, tak jak przyzwyczailiśmy się do napompowanej chemią żywności, smogu, ginących gatunków, zalegających lasy śmieci, przeznaczania kolejnych zielonych terenów pod zabudowę i wielu, wielu innych rzeczy, które powinny w nas wywoływać poczucie buntu i złości.
Nie popieram, rzecz jasna, wariatów nawołujących do popełnienia zbiorowego samobójstwa, gdyż wierzę w to, iż człowiek jest częścią globalnego ekosystemu; możemy i powinniśmy eksploatować Ziemię z umiarem. Niestety, zauważyłam, iż wiele osób trywializuje czy wręcz wyśmiewa problemy, z jakimi boryka się środowisko naturalne, zrównując każdego, kto proponuje zmiany, z mniej lub bardziej groźnymi ekofanatykami. Prawdopodobnie w niektórych przypadkach kpiarze mają rację, jednak regułą powinna być troska o przyrodę, a nie drwiny z tych, którym jej dobro leży na sercu. To, czy następne pokolenia będą mogły jeszcze pójść do prawdziwego lasu, a nie tylko parku, czy będą miały okazję wykąpać się w dziko płynącej rzece, a nie zabetonowanym zalewie, czy będą mogły oddychać bez masek gazowych, jest milion razy ważniejsze niż walka o polskość, o dwie płcie, tradycyjny model rodziny czy nawet Polskę wolną od Kaczyńskiego. Chciałabym, żeby moje wnuki przyszły na świat w momencie, kiedy będą po nim jeszcze chodziły tygrysy (nie tylko w zoo), plastik nie zabagni całych oceanów, a lasy amazońskie nie będą wspomnieniem. Czy wy nie chcielibyście tego samego?
Niestety, naiwnością jest przekonanie, że indywidualna inicjatywa jest remedium na opisane wyżej problemy. Mniejsze spożycie mięsa, segregacja śmieci, rezygnacja z jednorazówek, rozsądne gospodarowanie wodą czy energią – to wszystko pomaga i należy wychowywać, ba! tresować ludzi, żeby takie zachowania weszły im w krew. Tak jak powinno wejść w krew zabranie śmiecia z lasu (nie mówię o porzuconych worach) czy powstrzymanie się od zerwania chronionej rośliny. Jednak bez konkretnych ustaw się nie obejdzie. Drakońskie kary za śmiecenie, zatruwanie, marnotrawstwo (nie jakieś tam 10 gr za kilogram wyrzuconej żywności), ścisła ochrona lasów deszczowych, kara wieloletniego więzienia za kłusownictwo, likwidacja zakładów nie stosujących się do przepisów o ochronie środowiska, ustawowe przejście na materiały biodegradowalne... Brzmi nierealnie? A jakie inne wyjście? To zaledwie początek. Sama edukacja, niestety, nie wystarczy, żeby ludzie dobrowolnie zrezygnowali z wygodnych, lecz szkodliwych dla przyrody zachowań. A już na pewno nie zrezygnują z nich zarabiające na konsumpcjonistycznym stylu życia korporacje.


Komentarze
Pokaż komentarze (44)