Jednym z najciekawszych „geniuszy”, z których twórczością się zetknąłem, był pewien pan, uważający się za twórcę astrobiologii. Jego astrobiologia nie miała nic wspólnego z astrobiologią „klasyczną”, czyli działem nauki zajmującym się możliwością życia poza Ziemią. Pan ów twierdził, że – tak jak biologia jest nauką „wyższą” niż fizyka, gdyż zajmuje się materią ożywioną, a nie martwą – tak astrobiologia jest wyższa od astrofizyki.
393
BLOG
Wypociny astrobiologa czytało się ciężko, gdyż tworzył on zdania zajmujące parę stron, w których nie było żadnego podmiotu, za to kilkanaście orzeczeń. Albo odwrotnie. Z tego, co udało mi się zrozumieć, wynikało że zdaniem tego pana ojcowie planetarni zapłodnili matki planetarne, a te po iluś-tam miesiączkach planetarnych urodziły planety. No i w ten sposób powstał Układ Słoneczny...
Konsekwencje jego teorii sięgały jednak znacznie dalej. Astrobiologowi udało się połączyć marksizm z chrześcijaństwem (muszę tu wspomnieć, że dzieło tego pana powstało w okresie schyłkowego PRL-u, kiedy to obowiązującą – przynajmniej oficjalnie – ideologią był marksizm); znalazł on również sposób na rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego.
Na czym konkretnie ma to polegać, tego astrobiolog nie wyjaśnił. Obiecał zrobić to ustnie, ale w tym celu należało polecieć z nim do Meksyku do Piramidy Słońca (oczywiście na koszt Polskiej Akademii Nauk), gdyż jest to jedyne miejsce, gdzie byłby w stanie wszystko wytłumaczyć.
Astrobiolog był człowiekiem niezwykle skromnym. Za swoje odkrycia – o fundamentalnym przecież znaczeniu dla ludzkości – domagał się tylko Pokojowej Nagrody Nobla (chyba za ten konflikt bliskowschodni?) i 20-procentowej podwyżki emerytury.
Ponieważ mój instytut nie był a stanie sfinansować wyprawy do Piramidy Słońca, ani tym bardziej załatwić Nagrody Nobla (nie mówiąc już o podwyżce emerytury), nie poznałem nigdy szczegółów astrobiologii.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)