Ostatnio pisałem tu prawie wyłącznie o sporcie i zaniedbałem rozpoczęty kiedyś cykl Poczet uczonych wielkich, a zapoznanych. Już się poprawiam i zamieszczam kolejną notkę.
Osobom, które nie czytały jeszcze tekstów z tej serii, a chciałyby się dowiedzieć, o co tu chodzi, proponuję zerknięcie na wcześniejsze notki:
a przynajmniej na pierwszą z nich.
Osobiście z tym panem nie miałem żadnego kontaktu, a korespondencję z nim odziedziczyłem po poprzednikach. Jego pierwszy list wydawał się w miarę sensowny; pan ten proponował bowiem, że zorganizuje w naszym instytucie wystawę poświęconą Mikołajowi Kopernikowi. Udzielono mu odpowiedzi, w której grzecznie podziękowano za pomysł, ale jednocześnie poinformowano, że nasz instytut zajmuje się wyłącznie działalnością naukową, a nie wystawienniczą.
To wyraźnie nie spodobało się rzeczonemu delikwentowi. Jego kolejne listy były pisane w coraz ostrzejszym tonie. Wynikało z nich, że pan ów od wielu lat zajmuje się astronomią opierając się na filozofii Platona i Sokratesa (zastanawiałem się, czemu pominął Arystotelesa i innych znanych filozofów). Jego metoda jest, rzecz jasna, o wiele lepsza od „klasycznego” podejścia do astronomii, gdyż – jak twierdził – był w stanie wykształcić zawodowego astronoma w jeden rok, a nie w pięć lat, czyli tyle, ile trwają normalne studia. Jakaż to wielka oszczędność czasu, środków i pieniędzy!
Te kolejne listy były chyba ignorowane (a przynajmniej ja nie otrzymałem kopii odpowiedzi), co musiało mocno wkurzyć owego pana, w ostatnim stwierdził bowiem, że nie znamy się kompletnie na nauce, a żeby uprawiać astronomię, trzeba być starym saperem, który przeszedł szlak bojowy od Lenino do Berlina!
Swoją drogą, jeżeli ów pan rzeczywiście był saperem rozbrajającym miny i niewypały w trakcie działań wojennych, to nic dziwnego, że rzuciło mu się trochę na mózg...


Komentarze
Pokaż komentarze (19)