"Klichowi (od katastrof nie MONu) trzeba jednak oddac sprawiedliwosc. To prawda, ze caly czas oficjalnie uwaza, ze byly naciski na pilotow i katastrofa byla ich wina, ale jednoczesnie przemyca do wiadomosci publicznej informacje ktore podwazaja te teze oraz pokazuja prawdziwe oblicze i poziom wspolpracy rosyjkiego MAKu. Jesli na tym stanowisku bylby ktos w stylu M. Sekuly, raport bylby juz przyklepany. Czasami mam wrazenie, ze pan Klich swoimi pytaniami wrecz podsuwa odpowiedz niezgodna, dodajmy, z obowiazujaca na mocy raportu prawda."
Pułkownik Klich natępująco objaśnia decydujący moment przed katastrofą:
"Przy tym samolocie i braku ILS(Instrument Landing System - radiowy system nawigacyjny wspomagający lądowanie - PAP) na lotnisku w Smoleńsku taki wariant (odejścia na autopilocie - przyp. mój) jest niemożliwy. Naciskają więc przycisk i jest zaskoczenie. Oceny psychologów wymaga określenie, jak długo czekali na podjęcie kolejnej decyzji - czyli o ręcznym wyprowadzeniu samolotu." Zdaniem Klicha, "analizując ostatnie sekundy lotu trzeba brać pod uwagę także wcześniejsze rozmowy pilotów i ich założenie, że będą odchodzić na autopilocie."
Załóżmy, że Klich ma rację, że zgodnie ze stanem faktycznym odtwarza zachowanie i reakcje polskich pilotów. Co jednak w takiej sytuacji pozwalało by wyjaśnić decyzję kpt. Protasiuka i jego załogi o decyzji odejścia ze stu metrów na autopilocie? W to, że cała czwórka pilotów zgłupiała i zapomiała o tym, że na Siewiernym nie da się lądować na autopilocie bez ILSu nie wierzę, musieli mieć oni jakieś moim zdaniem przesłanki do podjęcia takiej decyzji. Może więc, o czym nie wiemy, polscy piloci mieli pewność po oblocie do Smoleńska 9 kwietnia, że ILS będzie na nich czekał 10 kwietnia tak samo jak to było dzień i trzy dni wcześniej?



Komentarze
Pokaż komentarze (36)