Krzysztof Mączkowski Krzysztof Mączkowski
83
BLOG

Reklamy, politycy, dylematy...

Krzysztof Mączkowski Krzysztof Mączkowski Społeczeństwo Obserwuj notkę 0

Z reklamami jest jak z politykami. Za przeproszeniem, wpierdalają się niechciane w nasze życie. Wrzeszczą (tak przy okazji, co z dyrektywami, które miały ograniczyć proceder głośniejszych niż reszta programu reklam?), mamią obietnicami, na dobrą sprawę reklamują ładne opakowania i kiepską zawartość, wielokrotnie są głupie, natarczywe i niezrozumiałe…

 

Reklamuje się dziś wszystko – poza tym, co zakazują stosowne ograniczenia. Przy takim nawale reklam podpaski „sąsiadują” z chińskim jedzeniem, nietrzymanie moczu z nowymi modelami audi, kłopoty z erekcją obok wakacji all inclusive, a kredyty dla staruszków z reklamą pieluch dla najmłodszych. Nie powiem, zdarzają się reklamy świetne – lekkie, przyjemnie wesołe, inteligentne (tak!), zapadające w pamięć, ale większość z nich to najzwyklejszy badziew.

Nie narzekam, bo skoro się pojawiają w telewizorze, przełączam na inny kanał, gdzie w tym samym czasie często zdarzają się … te same reklamy, albo po prostu wyciszam głos. Nie da się jednak ukryć, że ich zalew reklam zaczyna być coraz bardziej dokuczliwy, a metody „wciśnięcia” ich nam zadziwiające. Zaczynam obserwować, że bloki reklamowe podczas filmów są coraz dłuższe – niech was nie zmyli informacja, że jakiś film trwa trzy godziny: z tego przynajmniej 50 parę minut to reklamy i „autopromocje”. Najbardziej chyba jednak wkurza „obiektywne” prezentowanie produktów, marek i ofert w formie artykułów w gazetach, zwłaszcza tygodnikach, które wszelkiego rodzaju wkładki reklamowe piszą tą samą czcionką, co artykuły problemowe – czyta gość o problemie płatnościami kartami kredytowymi, a okazuje się, że czyta reklamówkę banku X lub Y zaznaczonego maleńką czcionką gdzieś w kąciku.

„Lokowanie produktu” to w polskich warunkach nieumiejętne i prostackie niekiedy reklamowanie soków, kremów i tym podobnych. Proceder „lokowania” zdarza się też w filmach zachodnioeuropejskich i amerykańskich, ale tam, mam wrażenie, jest to znacznie inteligentniej zrobione.

Nie da się ukryć, że tę nachalność widzianą nieco inaczej widzimy u polityków. A to otwierają szkoły, a to pojawiają się na finale WOŚP, a to występują na festynach – zupełnie jakby to wszystko sami organizowali, budowali i finansowali. Ich, niekiedy durne, występy w programach „publicystycznych”, informacyjnych można ograniczyć poprzez proste kliknięcie włącznika na opcję „wyłączone”, ale zbliżają się czasy, gdy będą wręcz przysłowiowo „wychodzić z lodówek”. Dwuletni maraton wyborczy to tysiące ulotek, reklam politycznych, wzmożonej aktywności na Facebooku, wizerunków przytwierdzanych do lamp, słupów, płotów i sklepowych witryn. Będą wszędzie. Mało tego, nawet, jeśli ktokolwiek z was postanowi nie wychodzić w okresie kampanii wyborczej z domu, nie uniknie spotkania z politykami. Zaczną się wiosenno-jesienne kolędy kandydatów do europarlamentu, rad gmin, sejmu i senatu. Zaczną pukać do domów, wystawać przed kościołami i zaczepiać na ulicach. I tak przez dwa lata!

Oczywiście, teoretycznie można w tym okresie uzyskać obietnicę realizacji jakiegoś ważnego postulatu, który państwo zgłaszaliście bezskutecznie od kilku lat. Ale i z tym bym uważał, bo bardzo szybko się może okazać, że ten sam kandydat na polityka europejskiego / krajowego / samorządowego (niewłaściwe skreślić) obieca jednocześnie budowę placu zabaw, zasadzenie nowego parku, budowę kościoła, przeprowadzenie ważnej arterii komunikacyjnej, rekultywację stawu, budowę domu kultury, basenu krytego bądź otwartego, sali sportowej, a i może wieży widokowej. W jednym miejscu i w jednym czasie!

Na natrętne komary są jakieś tam aerozole, na reklamy przyciski w pilocie telewizora, a na polityków?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo