Od dawna żyłem w przekonaniu, że nawyk czytania jest okolicznością, którą można się chwalić, a ilość przeczytanych książek jest powodem do dumy; że czytanie jest rozwojowe i ułatwia rozumienie świata. Od zawsze myślałem, że czytanie stawia mnie „po jasnej stronie mocy”, że dzięki książkom staję się bardziej wrażliwy i bardziej rozgarnięty.
Otóż myliłem się przeokrutnie. To o niczym nie świadczy, no może o chłopięcych, gimnazjalnych durnych przekomarzaniach w rodzaju: ja przeczytałem tyle i tyle, a ty mniej… Do takiego parteru sprowadził mnie całkiem niedawno pewien jegomość reprezentujący „opcję narodową”, czyli nową jakość w polityce.
Przy okazji sprzeczki o Okrągły Stół, o Solidarność, o zdradę narodową w Magdalence i zmowę elit nagle zeszło na książki. Właściwie na książki narodowo słuszne – że nie sztuka w ilości, a w jakości przeczytanych i że powinienem czytać książki wartościowe, dzięki którym otworzy mi się politycznie głowa. Odpowiedziałem, że nie mam zamiaru z nim ścigać się na ilość przeczytanych książek i poprosiłem życzliwie o wskazanie kilku tych wartościowych.
W odpowiedzi usłyszałem (a właściwie przeczytałem, bo to był mailowa wymiana opinii): „Jeśli tak dużo czytasz, to może coś u ciebie jest nie tak? Pytanie co chcesz tym zakryć?Hm. Ale odpowiedz sobie na nie sam”. I zakończył informacją, że idzie spędzić miły wieczór z dziewczyną.
Hmmm, wyszło na to, że jestem – excusez le mots – albo pedałem, albo impotentem i że prawdopodobnie którąś z tych przypadłości chcę ukryć.
To, że nie czytają politycy mainstreamowi, wiemy już od dawna. Głośno było swego czasu o badaniach, z których wynikało, że lepiej nie pokazywać się publicznie z książkami, bo to działa prowokacyjnie na ich potencjalny elektorat, który uznaje to za pokazywanie swej intelektualnej wyższości nad przeciętnymi ludźmi.
Okazuje się, że problem „deficytu książkowego” to również przypadłość opozycji pozaparlamentarnej. Nawet tej związanej z myślą narodową. Chociaż słowo „myśl” może tu być lekkim nadużyciem, bo ktoś kto chce być związany z MYŚLĄ narodową musiałby ją znać i mieć o niej jakieś pojęcie. Kiedyś postawiłem tezę i powtórzyłem ją kilkakrotnie, że wielu współczesnych narodowców tak naprawdę myśli narodowej nie zna, nie zna pism wybitnych narodowych myślicieli – jak choćby Zygmunta Balickiego, Jana Ludwika Popławskiego, czy Romana Dmowskiego, na którego tak chętnie się obecnie powołują. Czy się mylę?
Nie chcę formułować kategorycznych opinii po debacie z jednym tylko przedstawicielem „polskiej myśli narodowej”, bo byłbym durniem, ale myślę, że mamy do czynienia z pewną tendencją.
Oto wzbiera fala nie tylko zaciśniętych pięści, ale i tych, którzy w głębokiej pogardzie mają czytanie i samokształcenie, a wolą posługiwać się dziwnymi „pytaniami”, lepkimi sugestiami.
Ogromne zdumienie wywołał u mnie bardzo napastliwy i agresywny w swych osądach wywiad, jakiego niedawno „Gazecie Wyborczej” udzielił Roman Giertych, były wicepremier, dawny minister oświaty, twórca odrodzonej Młodzieży Wszechpolskiej, a obecnie gwiazda TVN-owskich programów informacyjnych. Teraz dziwię się trochę mniej. Roman Giertych powiedział „Nacjonaliści to durnie”.



Komentarze
Pokaż komentarze