Doświadczony i wzięty adwokat w doborze metod obrony swojego klienta jest gotów uciec się do najbardziej wyrafinowanych, nie mających wiele wspólnego z etyką chwytów.
W obliczu pojawiających się przygważdżających dowodów nie pozostaje nic innego jak zakwestionować poczytalność, stan umysłu i prawdomówność niewygodnego świadka.
Jeszcze lepiej, kiedy uda się takiego delikwenta ośmieszyć przed jak największym audytorium. Wtedy opinia publiczna uwiedziona oratorskimi popisami wywiera tak silną presje, że każdy „niezawisły” sąd aby nie narazić się na śmieszność, musi takiego świadka i jego wynurzenia potraktować z przymrużeniem oka.
Podobna metodę możemy zaobserwować w polskiej polityce.
Kiedy na elity padł strach z powodu sejmowej uchwały lustracyjnej zaproponowanej przez Janusza Korwin Mikre w 1992 roku, zastosowano starą adwokacką sztuczkę.
Skoro nie da się do końca zakwestionować ocalałych dokumentów bezpieki to trzeba czym prędzej zdyskredytować głosiciela złych wiadomości.
I tak padło na Antoniego Macierewicza. I na nic zdał się jeden z najpiękniejszych opozycyjnych życiorysów, zakładanie „świętego” do dzisiaj dla niektórych KOR-u, brawurowa ucieczka z internowania, zakładanie niepodległościowego harcerstwa w czasach kiedy o niepodległości większość społeczeństwa przestawała myśleć jako o czymś możliwym.
Rola jakiej podjął się Macierewicz skazała go wówczas po raz pierwszy na zmasowane ataki mające na celu uczynienie z niego głupka. Sam fakt, że wykonał tylko uchwalę sejmową i podał do wiadomości informacje zgodne z tym co zachowało się w archiwach celowo został zepchnięty na margines.
Wśród tych „mecenasów” kwestionujących poczytalność Macierewicza był wówczas Michał Boni, ten sam, który po 15 latach, aby objąć wysokie stanowisko rządowe przyznał ni mniej ni więcej to, że na liście Macierewicza znalazł się jak najbardziej prawidłowo, gdyż był konfidentem bezpieki.
Różnię się od tej przytłaczającej większości polskiego społeczeństwa drwiącej z ówczesnego szefa MSW i niedawnego likwidatora WSI. Podejmując się tego drugiego zadania doskonale zdawał sobie sprawę co go czeka i na jakie ataki zostanie wystawiony. Mam wiele szacunku dla człowieka, który w imię prawdy i dla dobra państwa gotów jest ponosić tyle upokorzeń.
Dla mnie od samego początku było jasnym, że aby zakwestionować raport mówiący o patologiach w służbie nie reformowanej i żywcem przeniesionej z innej epoki musiała być podjęta próba ośmieszenia i dyskredytacji jej likwidatora.
Dzisiaj każdy delikwent mający coś za uszami może spokojnie z ironicznym uśmieszkiem mówić przed kamerami, że „taki raport jak i jego autor”, albo „cóż innego mógł stworzyć ktoś taki jak Macierewicz”.
Prym wiodą osoby, które w raporcie były wymieniane. Polscy wspaniali dziennikarze jakoś do dziś nie zadali kłopotliwych pytań Komorowskiemu, Szmajdzińskiemu, Onyszkiewiczowi czy Dukaczewskiemu, za to z lubością podtykają im swe mikrofony by spijać z ich ust drwiny kierowane w kierunku Macierewicza.
Jak widać pełna dyspozycyjność służb specjalnych wobec polskiego rządu i narodu nie jest na rękę wielu środowiskom.
Oczywiście nie ma tu nic do rzeczy fakt, do kogo w Polsce należą „niezależne” media.
Są wolne i już.
A jak już ktoś się wychyli ze stwierdzeniem, że niemieckie lub w rękach byłej agentury, pupilów Urbana, „Zegów” i „Zegarków” ten wariat i oszołom prawie jak sam Macierewicz.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)