Czyżby miało się stać to, czego obawia się najbardziej Bronisław Wildstein?
Redaktor Maleszka był niezwykłym draniem, donosicielem i zdrajcą, ale w stutysięcznym morzu agentów to postać wyjątkowa.
Wczoraj media zdemaskowały jako tajnych współpracowników SB wielkiego biznesmena oraz męża znanej posłanki. Oczywiście nie ma wątpliwości, że żaden z nich nikomu nie szkodził.
PRL tym różnił się od pozostałych demoludów, że płacił swoim współpracownikom prawdziwe pieniądze, a ci dostarczali bezwartościowych, nieprzydatnych informacji, które oczywiście nigdy nikomu nie zaszkodziły.
Przez całe lata do momentu emisji filmu „Trzech kumpli” trwało oswajanie społeczeństwa z konfidentami.
Choć różniły ich pobudki podjęcia współpracy to łączył ich jeden wspólny tak jak w środowisku lekarzy cel „Przede wszystkim nie szkodzić”. Maleszka to taki wyjątek, który tylko potwierdza tą regułę.
Przez te wszystkie lata dostarczono nam tyle wiedzy na temat komunistycznej agentury, że śmiało możemy się pokusić na jej klasyfikację pod względem motywacji. Od razu zaznaczam, że żadna z nich nie zasługuje na potępienie.
„Na Wołoszańskiego” – chęć ciekawej przygody, młodzieńcza fantazja, ciekawość
„Na Piwowskiego” - dla jaj, hecy, zgrywy
„Na Kapuścińskiego” - aby móc tworzyć dla potomnych
„Na Damieckiego” - aby odzyskać prawo jazdy
„Na Mroziewicza” - podróże, chęć poznania świata
„Na Zytę” - zwykłe niewinne gadulstwo
„Na Wałęsę” - wyrafinowana gra w celu samodzielnego obalenia komuny i bezpieki
Jak widzimy Maleszka nijak tu nie pasuje, co potwierdza, że był jedynym groźnym TW w PRL.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)