Zawsze zastanowiła mnie jakaś niezrozumiała niekonsekwencja w zwalczaniu opozycji przez SB w czasach PRL-u.
Wiadomo już, że w strukturach bezpieki działały szwadrony śmierci, których zadaniem była fizyczna likwidacja niepokornych. Komisja Rokity naliczyła 122 takie przypadki, a w 88 z nich zalecała natychmiastowe wszczęcie śledztw prokuratorskich. Dotyczyło to tylko czasów stanu wojennego, a warto przypomnieć, że w cieniu Magdalenki i rozmów okrągłego stołu życie stracili księża Zych, Suchowolec i Niedzielak, co nie przeszkodziło naszym wspaniałym opozycjonistom w kontynuowaniu dialogu z Kiszczakiem i spółką.
Jednocześnie tym, których przedstawia się dzisiaj jako największych i niezłomnych nie spadł nigdy włos z głowy. Dlaczego jednych skrycie mordowano, kiedy ci ponoć najgroźniejsi dostąpili zaszczytu udziału we władzy?
Dlaczego tych rzekomo mniej groźnych unicestwiano, a tym największym czyszczono archiwa?
Jak to się stało, że jednych bestialsko mordowano, a drugim sama SB kręciła filmy świadczące o ich niezłomności i wielkiej odwadze? Dlaczego zniknęły teczki Michnika i Geremka, a przetrwały filmy, na których bezpieka utrwalała ich więzienną martyrologię?
Dlaczego reżim w jednych przypadkach organizował skomplikowane morderstwa, mające wyglądać na nieszczęśliwe wypadki czy dzieła nieznanych sprawców, a w innych kręcił filmy, z których scenariusza miało wynikać, że główni bohaterowie to kozaki, że hej?
Czemu służyła ta niekonsekwencja i brak jakiejkolwiek logiki?
Czy można to wszystko jakoś racjonalnie wytłumaczyć?
Czy jest możliwe, że ci najbardziej groźni dla komuny leżą dziś zapomniani i rozsiani po cmentarzach całej Polski, a my mamy czcić Wałęsę, Kuronia, Michnika i Geremka zgodnie ze scenariuszem filmów wyprodukowanych przez resort człowieka honoru?
Czy te pytania są aż tak głupie, czy może niewygodne i dlatego nie padają w debacie publicznej?


Komentarze
Pokaż komentarze (19)