W sobotę Rzeczpospolita, powołując się na "anonimowego urzędnika europejskiego" podała informację, że Donald Trump miał usłyszeć oficjalnie o pomyśle udzielenia gwarancji Ukrainie na wzór tych z artykułu 5, ale bez bezpośredniego angażowania NATO. Tymczasem w niedzielę doszło do spotkania członków "koalicji chętnych", tuż przed wyjazdem Wołodymyra Zełenskiego na spotkanie z Prezydentem USA w Białym Domu, w którym mają towarzyszyć mu najważniejsi politycy europejscy. Czym jest tzw. "koalicja chętnych"? W ten sposób określana jest grupa państw, głównie europejskich, które rozważają wysłanie własnych sił zbrojnych na linię rozgraniczenia pomiędzy Rosją i Ukrainą po zawieszeniu walk na froncie. W istocie byłyby one jedną z form "gwarancji bezpieczeństwa" dla Kijowa, bowiem wojska te stanowiłyby bufor pomiędzy stronami konfliktu, a jednocześnie swoisty zapalnik - tzw. "trip wire force", uprawdopodabniając odpowiedź militarną w przypadku ataku na wojska krajów z "koalicji chętnych", niezależnie od liczby wysłanych tam żołnierzy.
Mówi się, że kontyngenty z różnych krajów mogłyby liczyć łącznie nawet 50 tysięcy wojaków i przynajmniej dwukrotność składu osobowego tych jednostek przygotowywałaby się do misji lub odpoczywała po zakończonej rotacji. Byłaby to jednak i tak kropla w morzu potrzeb, wszak granica ukraińsko-rosyjska liczy ok. 1575 kilometrów. Do "pilnowania" pozostanie także drugi z sąsiadów Ukrainy i zarazem najwierniejszy wasal Putina - Białoruś i to na odcinku kolejnych 1084 km. Przy tak rozległych granicach nawet 100 tysięcy żołnierzy "sił reasekuracyjnych" musiałoby stacjonować w znacznym rozproszeniu, co uprawdopodabnia teorię o "trip wire foces". Po niedzielnym spotkaniu w imieniu "chętnych" Ursula von der Leyen ogłosiła wspólne stanowisko przed spotkaniem w Waszyngtonie: nie będzie zgody na uznanie granic zmienianych siłą, Ukraina powinna otrzymać gwarancje bezpieczeństwa od USA i UE, należy zwiększyć produkcję militarną i kontynuować sankcje, a Kijów musi mieć nieograniczoną możliwość decydowania o własnych siłach zbrojnych i produkcji wojskowej, a także zaopatrzeniu przekazywanym przez sojuszników.
Czy spotkanie "koalicji chętnych", z którą oficjalnie - jak stanowczo twierdzą Premier oraz szefowie MSZ i MON - nie zamierzamy posyłać polskich żołnierzy pod Kijów, to tak naprawdę sabat w sprawie udzielenia "gwarancji bezpieczeństwa" Ukrainie poza strukturami NATO? Na jakiej podstawie polscy politycy mogliby takich gwarancji Ukraińcom udzielić, wszak społeczeństwo w ogromnej większości (86%) jest przeciwne ryzykowaniu polskiej krwi na Ukrainie? W dodatku niektórym politykom i wojskowym zdaje się umykać fakt, że granicząc bezpośrednio z Rosją i Białorusią, nie tylko zabezpieczamy obecnie kilkaset kilometrów granic wschodniej flanki NATO, w tym newralgiczny Przesmyk Suwalski, ale od kilku lat odpieramy prowadzony z dużą determinacją hybrydowy na nasze terytorium, a także jesteśmy głównym hubem logistycznym dla pomocy wysyłanej z całego świata na Ukrainę. Coś musi być jednak na rzeczy, skoro głos w sprawie zabrał m. in. były ambasador RP w Kijowie. Bartosz Cichocki napisał na portalu X m. in., że "żyrowanie przez Polskę gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, na kształt art. 5 traktatu waszyngtońskiego wymagałoby zgody Polaków, którzy "w razie co przelewać będą krew".
Program poniedziałkowych rozmów w Białym Domu jest dość napięty. Europejscy politycy mają stawić się przy 1600 Pennsylvania Avenue o 12pm (6pm czasu polskiego), ale do końca nie wiadomo, co będą tam robić i z kim rozmawiać przez następnych kilka godzin. Prezydent Zełenski przybędzie tam dopiero godzinę później, a przywita go osobiście gospodarz. Kwadrans po 1pm rozpocznie się rozmowa Trumpa z Zełenskim w Gabinecie Owalnym, na którą zarezerwowano godzinę. Po 2:15pm Trump ma przywitać przywódców europejskich, a po kwadransie w ich towarzystwie fotoreporterzy będą mogli wykonać „rodzinne zdjęcie”. O 3pm rozpoczną się oficjalne rozmowy z udziałem eurokratów. Wszystko wygląda na bardzo starannie zaplanowany scenariusz przez Amerykanów. W dodatku w nocy, kiedy delegacje były już w drodze do Waszyngtonu, Trump wysyłał publiczną wiadomość do Zełenskiego i pozostałych gości: to od Ukraińca ma zależeć, czy wojna zakończy się „niemal natychmiast”. POTUS stwierdza, że na stole negocjacyjnym nie ma opcji członkostwa Ukrainy w NATO, a także możliwości odzyskania Krymu, który - jak podkreśla Trump - Obama „oddał” 12 lat temu bez jednego wystrzału. Wiadomość od prezydenta USA to nic innego jak reprymenda dla „skrzydłowych” Zełenskiego i to w dodatku kiedy są już w powietrzu. POTUS sygnalizuje wprost, że w kluczowych sprawach dyskusji po prostu nie będzie. Również w nocy z niedzieli na poniedziałek pojawiła się informacja, że eurokratów w negocjacyjnym pojedynku z Trumpem ma reprezentować Prezydent Francji. To ciekawy wybór wszak Macron to weteran zmagań w siłowaniu się "na rękę" z 47. Prezydentem USA. Cóż, od ostatniego pojedynku Francuz miał kilka miesięcy, by potrenować biceps...
Za to w Polsce "Fakt" przytacza wypowiedzi emerytowanych generałów, które dają sporo do myślenia. Gen. Stanisław Koziej stwierdził, że dobrze się stało, jesteśmy częścią "koalicji chętnych" i nie powiedziałby kategorycznie, że Polska nie wyśle żołnierzy na Ukrainę. Ostrzej wypowiedział się gen. Roman Polko, dla którego unikanie debaty politycznej o wysłaniu polskich wojsk za Dniepr przed poznaniem szczegółów tej misji jest "chowaniem głowy w piasek". Przydałoby się jego zdaniem m. in. trzymanie ręki na pulsie, ale obaj panowie zapewne sami się tam jednak nie wybierają. Cios w miękkie podbrzusze "koalicji chętnych" zadał jeszcze przed poniedziałkowymi rozmowami szef niemieckiego MON, Johann Wadephul, który stanowczo stwierdził, że niemieccy żołnierze nie pojadą na Ukrainę. Z tej niemiecko-francusko-brukselskiej zabawy w kotka i myszkę co do udzielania gwarancji i wysłania europejskich żołnierzy za Dniepr można nakręcić już całkiem niezłą operę mydlaną. Jest to jednak tylko śmiech przez łzy - wszystko wskazuje na to, że europejskie mocarstwa poszukują wkładki mięsnej na taką wyprawę i ani myślą uczynić nią członków własnych sił zbrojnych. Czy znajdą się naiwni, którzy ich w tym wyręczą i na ochotnika zostaną "zakładnikami" pokoju między Rosją i Ukrainą? Kto zagwarantuje, że żołnierze ci nie staną się ofiarami prowokacji jednej ze stron konfliktu, chociażby operacji przeprowadzonej pod tzw. fałszywą flagą - wszak przysłowiowe "drony komunijne", które łatwo zamienić w śmiercionośne pociski, można kupić w każdym sklepie dostępnym na wyciągnięcie ręki dla niesławnych zielonych ludzików...
Link do tekstu Rajana Menona z sierpnia 2023 r.:
https://www.foreignaffairs.com/ukraine/enduring-coalition-protect-ukraine



Komentarze
Pokaż komentarze (6)