Co to jest Własność?
Według ulubionej encyklopedii naszego prezydenta:
„(...)Własnośćto najszersze, podstawowe prawo rzeczowe, pozwalające właścicielowi korzystać z rzeczy i rozporządzać nią z wyłączeniem innych osób(...)”
A co to jest Wolność?
Wolność, to dowolne rozporządzanie swoją Własnością. Czyli kupiony zegarek mogę sprzedaż z mniejszym bądź większym zyskiem, ale mogę też go po prostu oddać.
Okazuje się jednak, że nasi decydenci troszkę inaczej rozumieją Wolność w rozporządzaniu Własnością...
1 marca dziennik „Rzeczpospolita” (numer 49/2011) na swoich żółtych stronach zamieścił artykuł p. Michała Kołtuniaka pod tytułem „Przedsiębiorca może odmówić sprzedaży towaru w wyjątkowych przypadkach”.
Ciekawe... Kupiłem 100 kg cukru. Wydałem na to WŁASNE pieniądze. I dopóki jestem zwykłym Janem Nowakiem, mogę rozporządzać SWOJĄ WŁASNOŚCIĄ dowolnie – mogę sprzedać ten cukier jednemu sąsiadowi, a drugiemu odmówić, a mogę też oddać go za darmo trzeciemu. Wszystko się jednak zmienia, gdy jestem Przedsiębiorcą Janem Nowakiem. Wtedy mogę rozporządzać SWOJĄ WŁASNOŚCIĄ tylko „w wyjątkowych przypadkach”...
Jak podaje Autor tekstu:
„(...)Zgodnie bowiem z art. 135 kodeksu wykroczeń (DzU z 2010 r. Nr 46, poz. 275 ze zm.) ten, kto zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny.(...)”
Obrońcy tego przepisu zaraz zaczną krzyczeć, że jest on potrzebny, bo chroni konsumenta przed sytuacją, w której towar promocyjny jest przed nim ukrywany... a ci jeszcze bardziej ortodoksyjni zapewne wspomną od razu o dyskryminacji – bo przecież sprzedawca-rasista mógłby odmówić sprzedaży klientowi-Chińczykowi, a kelner-gej mógłby odmówić podania zupy klientowi-homofobowi...
Oczywiście takie sytuacje mogą mieć miejsce. Tyle tylko, że wolny rynek (ten prawdziwy, nie ten, o którym mówią nasi politycy) takich przedsiębiorców wyeliminuje z gry. Bo kto z nas będzie chodził do sklepu, w którym promocyjny towar jest tylko dla „swoich”? Ja nie. I moi Znajomi też nie. A kto będzie chodził do lokalu, gdzie nagle brakuje zupy dla Chińczyka tylko temu, że jest Chińczykiem, a kiedy ten wyjdzie – zupa się pojawia? Ja nie. I moi Znajomi też nie. A przedsiębiorca bez klientów staje się bankrutem. Co najważniejsze, staje się nim bez żadnej decyzji urzędnika.
Artykuł w „Rzeczpospolitej” powstał na fali decyzji zabraniającej hipermarketom „wydzielać” towar na sztuki – zapewne każdy z nas widział informacje typu: „sklep nie prowadzi sprzedaży hurtowej – można kupić tylko dwie paczki pieluch na klienta”.
Autor zresztą przedstawia nawet podobny przykład:
„(...)Wyobraźmy sobie, że supermarket prowadzi szeroko zakrojoną akcję reklamową i informuje, że sprzedaje cukier po bardzo atrakcyjnej cenie, po to, aby przyciągnąć jak najwięcej klientów.
W praktyce okazuje się, że każdy może kupić tylko kilogram. W takiej sytuacji trudno byłoby mówić o uczciwości czy rzetelności takiego postępowania. Ale też trudno jednoznacznie wskazać, w którym momencie odmowa sprzedaży mogłaby zostać uznana za należycie uzasadnioną. Czy byłaby nią granica 10, 20 czy 100 kilogramów?(...)”
No dobra, a jeżeli ja potrzebuję 11 kilogramów? Albo jeżeli moja schorowana sąsiadka poprosi mnie, abym przy okazji swoich zakupów kupił i dla niej „dziesiątkę” cukru, to mam wybierać czy kupić sobie, czy jej?
Wyobraźmy sobie jednak jeszcze inną sytuację...
Oto ów supermarket prowadzi szeroko zakrojoną akcję reklamową i informuje, że sprzedaje cukier po bardzo atrakcyjnej cenie, po to, aby przyciągnąć jak najwięcej klientów. Całe miasto zostało zarzucone ulotkami i gazetkami reklamowymi, a w lokalnych mediach informacje o tanim cukrze słychać w każdym bloku reklamowym. W praktyce okazuje się, że nie ustalił on żadnych limitów dotyczących ilości zakupionych kilogramów. Z samego rana przyjechało kilku hurtowników i wykupiło cały cukier. A po 16, po wyjściu z pracy, setki klientów skuszonych reklamą biegnie do sklepu, żeby kupić cukier w super cenie, a tam... puste półki. Co pomyśleliby tacy klienci?
Wydaje mi się, że i w takim wypadku p. Michał Kołtuniak napisałby „w takiej sytuacji trudno byłoby mówić o uczciwości czy rzetelności takiego postępowania”.
Czyli jak nie patrzyć, przedsiębiorca ma d... zawsze z tyłu.
Jak nie ustali limitów, to klienci poczują się oszukani, bo przyciągnęła ich reklama, a towaru brak. A jak ustali limity, to znowu źle, bo klient chce kupić więcej, a tu sprzedawca stanął okoniem. A nad wszystkim czuwa oczywiście urzędnik z kodeksem wykroczeń... a zaraz za urzędnikiem stoi polityk, który stwierdza „niewidzialna ręka wolnego rynku się nie sprawdza”...
Tyle tylko, że owa „ręka” nie jest „niewidzialna” a „nieobecna”... bo skrępowany, tego typu przepisami, rynek jest tylko „wolnym rynkiem” (w dużym cudzysłowie)...
Tekst NIE JEST oficjalnym stanowiskiem Fundacji Klub Konserwatystów.
Tekst pojawił się na stronie http://www.konserwatysci.org/blogi/wolno%C5%9B%C4%87-w%C5%82asno%C5%9B%C4%87-wolny-rynek


Komentarze
Pokaż komentarze (4)