Dziki Zachód był dziki, ponieważ było na nim niewielu urzędników, a ci, którzy tam byli, nie zajmowali się głupotami... Dziki Zachód był dziki, bo nie było na nim związkowców, którzy poprzez różne formy nacisku na urzędników wprowadzaliby różne normy i przepisy... Dziki Zachód był dziki, bo wygrywał w nim człowiek zaradniejszy, sprytniejszy, taki, który potrafił lepiej od konkurencji przystosować się i sprostać zmieniającym się warunkom... Dziki Zachód był dziki, ponieważ wspomniana powyżej niewielka grupa urzędników nie próbowała walczyć z prawami natury - człowiek zaradniejszy wypierał z rynku człowieka mniej zaradnego, branża mniej konkurencyjna przegrywała z branżą bardziej konkurencyjną...
Dawno, dawno temu...
Dawno, dawno temu, na Dzikim Zachodzie królowały dyliżanse... Kto z nas nie pamięta westernów, na których zawsze pojawiał się dyliżans...
Jednak same dyliżanse były tylko czubkiem góry, jaką tworzyli ludzie, którzy zarabiali dzięki dyliżansowym podróżom...
Dyliżansowa branża...
Dyliżanse musiały mieć woźniców. Przynajmniej jednego. Dla bezpieczeństwa przydawał się tam również strzelec - w przypadku napadu jeden poganiał i kierował końmi, a drugi próbował zabić jak najwięcej napastników...
No właśnie, poganiał konie... Owe konie ktoś musiał wyhodować, później ktoś inny kupić, a często ktoś jeszcze inny doprowadzić w odpowiednie miejsce, a tam ktoś jeszcze inny przyuczyć je do jeżdżenia w zaprzęgu... Po tym wszystkim konie można było zaprząc do dyliżansu... Jednak, żeby to zrobić, ktoś musiał dostarczyć uprząż... zrobioną ze skóry, którą dostarczał ktoś jeszcze inny...
Był koń, uprząż, brakowało więc dyliżansu... Tutaj na produkt końcowy pracowało jeszcze więcej osób... drwal musiał ściąć drzewo, które musiało dotrzeć do tartaku, z którego wychodziło drewno, z którego robiono większą część dyliżansu... do tego potrzebne były materiały (na fotele), czyli znów droga od rosnącej bawełny, przez belę materiału, do fotela... oprócz tego dochodziły jeszcze elementy metalowe...
I tak oto mieliśmy skompletowany dyliżans - napęd (koń), układ kierowniczy (uprząż) i karoseria (dyliżans)... do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko „podrasowania” napędu, czym zajmował się kowal... który musiał kupić żelazo (na podkowy), drewno bądź węgiel (aby rozgrzać żelazo), a od czasu do czasu zużywające się narzędzia...
W trasę...
Skompletowany dyliżans można było puszczać w trasę... W zasadzie można byłoby... Wcześniej trzeba było jednak zaplanować trasę, znaleźć miejsca na popas (z wodą i paszą dla koni), znaleźć miejsca na przystanek (umożliwiające nocleg dla podróżnych, oporządzenie koni, nocleg dla obsługi)... podróżni płacili za noclegi... a woźnica za paszę dla koni oraz własny nocleg... ktoś dostarczał meble (przynajmniej łóżko) do pokojów dla podróżnych... ktoś inny pościel... jeszcze ktoś inny strawę dla ludzi... a ktoś inny paszę dla koni...
Cała więc branża dyliżansowa, łącznie z otoczką dostarczającą wszystkie potrzebne materiały, dawała zatrudnienie całkiem sporej grupie Obywateli...
Konkurencja...
Niestety dla tej branży, a na szczęście dla pasażerów, pojawił się konkurent - kolej żelazna...
Powoli konie odchodziły w odstawkę... a wraz z nimi zmniejszały się obroty całej grupy ludzi związanych z ich szeroko pojmowaną obsługą – od hodowców, poprzez producentów uprzęży, a skończywszy na kowalach...
Drwalom i tartakom było wszystko jedno, komu zapewniają drewno... a co sprytniejsi producenci elementów składowych dyliżansu zapewne przestawili się na produkcję elementów do wagonów... choć znając życie, można stwierdzić, że na pewno nie wszyscy...
Nowe możliwości...
Pamiętać jednak należy o tym, że nowa branża oznaczała (i zawsze oznacza) również nowe miejsca pracy... na lokomotywę potrzeba było więcej stali niż na podkowy, podobnie z torami (co zwiększało zapotrzebowanie na siłę roboczą w kopalniach)... budowa lokomotywy była bardziej nowoczesna (teraz powiedziałoby się innowacyjna) niż budowa dyliżansu (przez co wymagała więcej i lepiej przeszkolonych pracowników)... potrzebny był węgiel bądź drewno wrzucane do kotła... woda, zamieniana w parę (którą przecież ktoś musiał zmagazynować na stacjach)... obsługa biletowa...
Urzędnicy...
Jednak aparat państwowy nie zwracał w tamtych czasach uwagi na walkę tych dwóch branż... żaden urzędnik nie przejmował się pogarszającą się sytuacją dostawców koni zaprzęgowych... żaden urzędnik nie przejmował się zwiększającym się bezrobociem wśród woźniców... wiadomo, Dziki Zachód...
I przez ten brak urzędniczego zainteresowania pasażerowie mogli sami wybierać, czy wolą płacić za dłuższą podróż, niewygodnym (choćby z racji wielkości) dyliżansem narażonym częściej na napady, czy też podróż szybszym, wygodniejszym pociągiem...
Koniec tej historii był taki, że dyliżans w zderzeniu z pociągiem został daleko w tyle w mrokach przeszłości...
Było to jednak w czasach Dzikiego Zachodu...
Dzisiaj...
Dzisiaj nie mamy na (nie)szczęście Dzikiego Zachodu... Dzisiaj dbają o nas tysiące urzędników na różnych szczeblach, zajmujący się troską chyba o wszystkie istniejące branże (a czasami nawet tymi jeszcze nieistniejącymi – np. w inkubatorach przedsiębiorczości), które to branże obwarowywane są co chwilę coraz to nowymi przepisami, normami, zasadami, wymaganymi certyfikatami, pozwoleniami, koncesjami...
Co gorsza, urzędnicy do spółki ze związkowcami dbają o to, żeby branża słabsza, mniej konkurencyjna nie została wyparta przez branżę nowocześniejszą i bardziej konkurencyjną...
I dzisiaj brudne, śmierdzące i spóźniające się pociągi nie muszą obawiać się żadnej konkurencji... dzisiaj za przejazdy nierentownych pociągów płacą wszyscy... zarówno (czasami zmarznięci) podróżni, jak również i ci, którzy do pociągu nie wsiedli nigdy w życiu (na przykład: w roku 2011 w województwie Podlaskim zaplanowano na dotacje dla kolei 15,5mln zł, a od władz województwa śląskiego firma Przewozy Regionalne domagała się od dotacji w wysokości 159mln zł)...
Wszyscy podatnicy dorzucają się do tego, aby nierentowna firma tworzyła złudne wrażenie, że daje pracę tysiącom Obywateli, którzy bez istnienia tej jednej firmy zginęliby z głodu pod mostem bądź płotem... bo przecież poza koleją nie ma i nigdy nie będzie pracy...
I to jest i straszne i śmieszne... gdyby to właśnie dzisiaj miało miejsce „cywilizacyjne starcie” branży dyliżansowej z branżą kolejową... nadal jeździlibyśmy dyliżansami... dotowanymi dyliżansami oczywiście...
Tekst NIE JEST oficjalnym stanowiskiem Fundacji Klub Konserwatystów.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)