Polski Minister Finansów, Jan Vincent Rostowski, wygłupił się na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego, mówiąc że w przypadku upadku waluty euro, władzę w Europie mogą przejąć populiści, co może skończyć się w perspektywie dziesięcioletniej wojną wewnątrz europejską.
Ponieważ euro zostało zbudowane na fałszywym fundamencie, mówiącym że kraje o różnym rozwoju gospodarczym oraz różnej kulturze oszczędzania mogą stosować jednolitą politykę monetarną (więcej - www.konserwatysci.org/content/euro-niszczy-europę), to nie pozostaje nic innego jak szykować się do przejęcie władzy przez „populistów”, którzy na zgliszczach wspólnej waluty rozpętają nam wojnę. Tylko, czym będą wyróżniać się ci „populiści”. Jeżeli dzisiejsi politycy są mężami stanu, a ich przeciwnicy „populistami”, to wychodzi na to, że „populiści” będą charakteryzować się brakiem wiary w to, że można sztucznie zbudować jedną walutę dla już dziewiętnastu państw. Pozostałe cechy „populistów” to pewnie fakt, że z Unii nic się nie dostaje (jak można zauważyć na bilbordach partii desygnującej naszego „straszaka” Rostowskiego do rządu, Unia da i na szpitale i na przedsiębiorczość i na innowacje), bo żeby Unia coś „dała” najpierw musi komuś odebrać, a z tej wziątki i uszczknąć coś dla siebie i swoich pracowników (ot choćby po jednej kadencji Komisarza Europejskiego przysługuje przez 3 lata nie piastowania stanowiska łączna odprawa w wysokości 350 tys. euro oraz dożywotnia emerytura – 51 tys. euro rocznie, po zaledwie 5 latach pracy). A może „populiści” to ci, co uważają że państwo nie powinno w ogóle zapożyczać swoich obywateli i przyszłych ich dochodów, nie dając zarobić międzynarodówce finansowej. Trudno orzec kim są ci „populiści”, ale jedno jest pewne. Wojna nie grozi po upadku euro, bo tylko upadek euro (im szybszy tym lepszy) może wojnie zapobiec. Powtarzać się powinno do bólu – NIE DA SIĘ PROWADZIĆ JEDNEJ POLITYKI MONETARNEJ DLA 19 PAŃSTW O RÓŻNYM STOPNIU ROZWOJU GOSPODARCZEGO I KULTUROWYM ZRÓŻNICOWANIU. Z tego można wyciągnąć wniosek, że trzymając dalej euro, należy spłaszczyć rozwój gospodarczy wewnątrz Europy, czyli to o czym socjaliści marzyli od dawna – wszyscy po równo; lub zakopać całkowicie różnice kulturowe pomiędzy poszczególnymi narodami (o czym socjaliści również od dawna marzyli). A zrobić to się da, tylko pod przymusem, rosnącym coraz bardziej aż do granicy nacisku militarnego.
Jedynym wyjściem z tej patowej sytuacji, jest wypatrywanie tych „populistów”, którzy odważą się głośno powiedzieć – „Euro to był projekt polityczny, całkowicie nietrafiony”. Inaczej czeka nas dalsze pogłębianie rozrostu nacisku ze strony państwa, najpierw tylko fiskalnego, ale kto wie czy nie skończy to się i naciskiem fizycznym.
Marek Łangalis


Komentarze
Pokaż komentarze