Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
133
BLOG

Kto przemilczy Dobraczyńskiego..

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 14
Paweł Milcarek, obecny lustrator i pogromca PRL, kiedyś był skromnym, ideowym młodym człowiekiem, nie znoszącym opozycji, „salonu” i solidarnościowego „etosu”. Dzisiaj przypominamy obszerny fragment jego artykułu w obronie Jana Dobraczyńskiego z roku 1987. Tekst zachował aktualność po dziś dzień, tyle że jego autor już by się pewnie pod nim nie podpisał. Robimy więc to za niego. (od redakcji Nowej Myśli Polskiej).


Zastanawiam się nad rodzajem popularności Jana Dobraczyńskiego, a właściwie nad popularnością jego książek. Muszę powiedzieć, że jest to jakby fenomen. Z wielkich pisarzy katolickich okresu powojennego żyją nieliczni. Odeszli Zofia Kossak i Władysław Jan Grabski. Żyje i wciąż pisze – co roku oddaje nową pozycję Jan Dobraczyński. Wszystkie utwory, drukowane zawsze w dużych kilkudziesięciotysięcznych nakładach, znikają z półek księgarskich bez problemów. Powodzenie mają nie tylko nowości, ale i wznowienia, nawet te wielokrotne. Nie ma się zresztą co i temu dziwić. Książki bronią się same – i same zdobywają sobie czytelników. Np. "Dzieci Anny" – choć tu i ówdzie przez kogoś brzydko opluskiwane – podbijają jednak serca swoim pełnym autentycznej wiary i głębokiego patriotyzmu spojrzeniem na lata powojenne. Świadczy o tym znikające właśnie z półek trzecie już chyba wydanie tej powieści. A wszelkie rekordy biją oczywiście „Listy Nikodema" – w ilości wydań i w ilości czytelników – którym piękno przyznać muszą nawet najzagorzalsi polemiści ich autora (...)

Co jeszcze powiedzieć o tym tytanie pióra? Że jest poczytny, popularny? Że się o nim dyskutuje? Owszem, ale...

Ale dziwna to popularność! W Polsce czyta się go z zapartym tchem. Za granicą (na Zachodzie i – ostatnio – na Wschodzie) czyta się go z zainteresowaniem. Niedawno pewien włoski wydawca zaproponował Dobraczyńskiemu wydanie kilku jego książek, z których jednej ów wydawca nawet jeszcze nie znał... Do pisarza przychodzą codziennie serdeczne i pełne zaufania listy. A piszą – młodzi, najczęściej młodzi! Wielu szuka rady, często w ważnych sprawach życiowych, inni znów dzielą się swoimi uwagami na temat przeczytanych książek...

Dziwna to popularność! Bo przecież jest – a jakby jej nie było. Nikt – lub prawie nikt – o Dobraczyńskim w Polsce nie pisze. Jego książki, co jest zwykłym skandalem, przechodzą jak niezauważone. To nie jest przypadek!

Kawiarnia i salonik (bo prawdziwych salonów nie ma już dziś) wydały wyrok śmierci na twórczość pana Jana i traktują ją per non est. Animozje polityczne zaślepiły ludzi małych serc, a tym którzy Dobraczyńskiego tępili już z dawna, pomogły doprowadzić tamtych do owego zaślepienia.
Nasze elity fascynują się dziś różnymi pseudokonwertyckimi smaczkami. Pociąga je dziwne zestawienie katolickiej oprawy (np. żmudne deklinowanie słowa "Bóg") z mętną treścią. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdy się zważy na żenujący – nie wybrałem tego przymiotnika przypadkiem! – poziom świadomości teologicznej czy katechizmowej większości polskiej inteligencji. Jest to temat na inny smutny i żarliwy felieton. Na razie nasi intelektualiści niemal powszechnie cierpią na tajemniczą amnezję, gdy chodzi o prawdy wiary, przykazania Boże i tym podobną prozę. Natomiast mdleją z emocji i padają plackiem (nie krzyżem! – boć to przecież już nie "ciemne średniowiecze"), gdy na horyzoncie zamajaczy jakiś czarowny a niejasny wieszcz. Cały nasz katolicko-kulturalny światek gotów jest z zapałem debatować nad Gombrowiczem, Tyrmandem, Witkacym, Miłoszem czy Stachurą i dopisywać im chrześcijaństwo tam, gdzie oni sami pewnie się nawet nie spodziewali – ale nie mają już ani czasu, ani miejsca na "gorących chrześcijan", na Bąka i Pietrkiewicza, i Lieberta, na Obertyńską, na Rostworowskiego, na wspomnianych wyżej Kossak i Grabskiego, na genialnych konwerystów: Chestertona, Marschalla, Undset, von Le Fort... Nie ma też oczywiście czasu na Dobraczyńskiego. Kawiarnia i salonik wydały wyrok. Szkoda, że to one aż w takim stopniu rządzą opinią katolicką.

Jak wyżej wspominałem, jedna z ostatnich powieści Dobraczyńskiego jest poświęcona Joannie d'Arc. Jest w postaci tej świętej jeszcze jeden ważny znak. Została spalona na stosie prawomocnym wyrokiem kościelnego trybunału, za sprawą ludzi, którzy przedkładali swe polityczne kombinacje nad prawdę. Została zabita przez swych rodaków-Francuzów. Żyła dla Kościoła – i zabili ją katolicy. Walczyła za Francję i zabili Ją Francuzi. Ileż zdrady i kunktatorstwa było wokół stosu z Rouen!

Świętość jest świętością, a pisarstwo pisarstwem. Ale wszędzie i na każdym poziomie rządzą także te same prawa. Proszę wybaczyć moje "prosto z mostu" – ale doprawdy jest dziś godzina, w której niemal każdy, kto spotwarzy lub przemilczy Dobraczyńskiego, uważa, że służy katolickiej sprawie. A to jest nie tylko rozpaczliwie głupie, to jest po prostu żałosne...

Paweł Milcarek
„Słowo Powszechne”, nr 49/1987
Nr 12-13 (23-30.2008)

http://myslpolska.org

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka