Zastanawiam się nad rodzajem popularności Jana Dobraczyńskiego, a właściwie nad popularnością jego książek. Muszę powiedzieć, że jest to jakby fenomen. Z wielkich pisarzy katolickich okresu powojennego żyją nieliczni. Odeszli Zofia Kossak i Władysław Jan Grabski. Żyje i wciąż pisze – co roku oddaje nową pozycję Jan Dobraczyński. Wszystkie utwory, drukowane zawsze w dużych kilkudziesięciotysięcznych nakładach, znikają z półek księgarskich bez problemów. Powodzenie mają nie tylko nowości, ale i wznowienia, nawet te wielokrotne. Nie ma się zresztą co i temu dziwić. Książki bronią się same – i same zdobywają sobie czytelników. Np. "Dzieci Anny" – choć tu i ówdzie przez kogoś brzydko opluskiwane – podbijają jednak serca swoim pełnym autentycznej wiary i głębokiego patriotyzmu spojrzeniem na lata powojenne. Świadczy o tym znikające właśnie z półek trzecie już chyba wydanie tej powieści. A wszelkie rekordy biją oczywiście „Listy Nikodema" – w ilości wydań i w ilości czytelników – którym piękno przyznać muszą nawet najzagorzalsi polemiści ich autora (...)
Co jeszcze powiedzieć o tym tytanie pióra? Że jest poczytny, popularny? Że się o nim dyskutuje? Owszem, ale...
Ale dziwna to popularność! W Polsce czyta się go z zapartym tchem. Za granicą (na Zachodzie i – ostatnio – na Wschodzie) czyta się go z zainteresowaniem. Niedawno pewien włoski wydawca zaproponował Dobraczyńskiemu wydanie kilku jego książek, z których jednej ów wydawca nawet jeszcze nie znał... Do pisarza przychodzą codziennie serdeczne i pełne zaufania listy. A piszą – młodzi, najczęściej młodzi! Wielu szuka rady, często w ważnych sprawach życiowych, inni znów dzielą się swoimi uwagami na temat przeczytanych książek...
Dziwna to popularność! Bo przecież jest – a jakby jej nie było. Nikt – lub prawie nikt – o Dobraczyńskim w Polsce nie pisze. Jego książki, co jest zwykłym skandalem, przechodzą jak niezauważone. To nie jest przypadek!
Kawiarnia i salonik (bo prawdziwych salonów nie ma już dziś) wydały wyrok śmierci na twórczość pana Jana i traktują ją per non est. Animozje polityczne zaślepiły ludzi małych serc, a tym którzy Dobraczyńskiego tępili już z dawna, pomogły doprowadzić tamtych do owego zaślepienia.
Nasze elity fascynują się dziś różnymi pseudokonwertyckimi smaczkami. Pociąga je dziwne zestawienie katolickiej oprawy (np. żmudne deklinowanie słowa "Bóg") z mętną treścią. Nie ma się zresztą czemu dziwić, gdy się zważy na żenujący – nie wybrałem tego przymiotnika przypadkiem! – poziom świadomości teologicznej czy katechizmowej większości polskiej inteligencji. Jest to temat na inny smutny i żarliwy felieton. Na razie nasi intelektualiści niemal powszechnie cierpią na tajemniczą amnezję, gdy chodzi o prawdy wiary, przykazania Boże i tym podobną prozę. Natomiast mdleją z emocji i padają plackiem (nie krzyżem! – boć to przecież już nie "ciemne średniowiecze"), gdy na horyzoncie zamajaczy jakiś czarowny a niejasny wieszcz. Cały nasz katolicko-kulturalny światek gotów jest z zapałem debatować nad Gombrowiczem, Tyrmandem, Witkacym, Miłoszem czy Stachurą i dopisywać im chrześcijaństwo tam, gdzie oni sami pewnie się nawet nie spodziewali – ale nie mają już ani czasu, ani miejsca na "gorących chrześcijan", na Bąka i Pietrkiewicza, i Lieberta, na Obertyńską, na Rostworowskiego, na wspomnianych wyżej Kossak i Grabskiego, na genialnych konwerystów: Chestertona, Marschalla, Undset, von Le Fort... Nie ma też oczywiście czasu na Dobraczyńskiego. Kawiarnia i salonik wydały wyrok. Szkoda, że to one aż w takim stopniu rządzą opinią katolicką.
Jak wyżej wspominałem, jedna z ostatnich powieści Dobraczyńskiego jest poświęcona Joannie d'Arc. Jest w postaci tej świętej jeszcze jeden ważny znak. Została spalona na stosie prawomocnym wyrokiem kościelnego trybunału, za sprawą ludzi, którzy przedkładali swe polityczne kombinacje nad prawdę. Została zabita przez swych rodaków-Francuzów. Żyła dla Kościoła – i zabili ją katolicy. Walczyła za Francję i zabili Ją Francuzi. Ileż zdrady i kunktatorstwa było wokół stosu z Rouen!
Świętość jest świętością, a pisarstwo pisarstwem. Ale wszędzie i na każdym poziomie rządzą także te same prawa. Proszę wybaczyć moje "prosto z mostu" – ale doprawdy jest dziś godzina, w której niemal każdy, kto spotwarzy lub przemilczy Dobraczyńskiego, uważa, że służy katolickiej sprawie. A to jest nie tylko rozpaczliwie głupie, to jest po prostu żałosne...
Paweł Milcarek
„Słowo Powszechne”, nr 49/1987
Nr 12-13 (23-30.2008)
http://myslpolska.org




Komentarze
Pokaż komentarze (14)