Tzw. ośrodki opiniotwórcze w Polsce, a mam tu na myśli media elektroniczne z TVN na czele, czołowe gazety i tabloidy, a także stacje radiowe RMF FM i Zet - co jakiś czas wszczynają kampanie propagandowe na rzecz “praw człowieka” czy w “obronie demokracji”. Wydawać by się mogło, że to są rzeczywiście ośrodki czułe na ludzką krzywdę i jakoś tam wierzące w to, o czy mówią. Niestety, tak nie jest.
Wystarczy tylko przyjrzeć się tym kampaniom, by dostrzec kilka charakterystycznych prawidłowości. W ostatnich latach za najbardziej znamienne uznać należy następujące kampanie - w “obronie” rzekomo maltretowanych i zabijanych przez Serbów muzułmanów na Bałkanach (Kosowo i Bośnia), po stronie obozu Juszczenki w czasie tzw. “pomarańczowej” rewolucji, przeciwko Łukaszence na Białorusi w połączeniu w pompowaniu Andżeliki Borys, przeciwko “reżimowi Putina” i w obronie “demokracji” i takich postaci jak Kasparow czy Limonow, no i ostatnio oczywiście w obronie “Wolnego Tybetu” i przeciwko “komunistycznym Chinom”.
Akcje te nie są na pewno spontaniczne - media maszerują podczas nich “pod sznurek”, stosują te same chwyty, używają tych samych haseł, mają ten sam znak rozpoznawczy (np. pomarańczowa kokardka w klapie marynarki). Tak jakby istniał gdzieś nieformalny sztab je planujący. Przy okazji takich akcji stosuje się też swoisty terror psychologiczny w myśl zasady - kto nie z nami, ten przeciw nam. Widzieliśmy to np. przy okazji medialnego linczu na abp. Stanisławie Wielgusie, a obecnie przy okazji akcji “Wolny Tybet”. Media demoliberalne napominają np. Watykan, że milczy w sprawie Tybetu. Tak też było np. podczas “pomarańczowej rewolucji” - wychwytywano skrupulatnie i stawiano do kąta tych, którzy nie wykazywali entuzjazmu. To zaś pachnie już swego rodzaju totalitaryzmem - wszyscy mają maszerować pod dyktando ośrodka centralnego.
Jaki jest wspólny mianownik wszystkich wymieniowych akcji? Wymierzone są one w kraje, które nie podporządkowały się jedynie obowiązującej linii, czyli mówiąc w skrócie “nowemu porządkowi światowemu”. Te kraje to Chiny, Rosja, Serbia, Białoruś,Kuba, Iran,wcześniej Irak. Ten klucz jest widoczny gołym okiem. To są zaś kryteria czysto polityczne, by nie powiedzieć geopolityczne. No bo dlaczego nasi “obrońcy praw człowieka”, zatroskani o ich przestrzeganie, nie pisnęli nigdy w obronie Serbów, których najpierw wygnano z ich domów w Krainie i Kosowie, a potem z premedytacją niszczono średniowieczne zabytki chrześcijańskie (Kosowo)? Czy kult Buddy jest dla nich ważniejszy niż XIV-wieczne cerkwie w Kosowie? Nigdy też nie słyszałem, by upomniano się o dyskryminowanych chorwackich katolików w muzułmańskiej Bośni. Albo następny problem - dlaczego podnoszą wrzask, kiedy w Polsce ktoś upomni się o sprawy narodowe czy gdy we Francji parę procent głosów zdobędzie Le Pen, a milczą, kiedy “nasz przyjaciel” Juszczenko rehabilituje UPA i ewidentnych zbrodniarzy, takich jak Szuchewycz? No i dlaczego milczą, kiedy nie wpuszcza się do Polski zasłużonych działaczy Związku Polaków na Białorusi, bo nie chcieli przyłączyć się do hucpy pani Borys? Dlaczego zawsze bardziej obchodził ich los Czeczenów a nie Kurdów?
To są pytania retoryczne. Tak naprawdę, ośrodki “prawoczłowiecze” są machiną propagandową na usługach zewnętrznego ośrodka stawiającego sobie za cel budowę “nowego porządku światowego”. Zawsze w tle takich akcji jest albo George Soros, albo Borys Bierezowski, albo neokonserwatyści w USA i co za tym idzie (póki co) Departament Stanu USA. Zdumiewa tylko udział w tej maskaradzie tzw. prawicy, która próbuje usprawiedliwić swój w tym udział sloganami o “polskiej racji stanu”. Niestety, tak nie jest, ci panowie i panie pełnią w tym tylko rolę pożytecznych idiotów.
Jan Engelgard
http://blog.engelgard.pl
90
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze