Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
685
BLOG

Adam T. Witczak: 12 kwietnia we Wrocławiu

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 8
"Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień"
(T.S.Eliot - "Ziemia Jałowa")

12 kwietnia 2008 roku Polskę obiegły informacje o dantejskich scenach, rozgrywających się na ulicach Wrocławia. Chodziło o manifestację patriotyczną, która upamiętniać miała ofiary zbrodni w Katyniu – a w szerszym kontekście wszystkich Polaków, którzy zapłacili życiem za walkę z totalitarnymi ustrojami podczas II wojny światowej i zaraz po niej.

Uczestnicy pochodu atakowani byli przez tzw. bojówki „antifa” (jak same siebie określają), które w założeniu mają zwalczać „faszystów”, kimkolwiek owi faszyści mieliby być. Ostatecznie manifestacja została rozbita przez policję pod wrocławską katedrą – jako „nielegalne zgromadzenie”. Jej uczestnicy zostali zatrzymani i porozwożeni po komisariatach, policja mówi oficjalnie o 204 osobach. Uczestnikom postawiono zarzut brania udziału w nielegalnym zgromadzeniu, do czego część się przyznała, a część nie. Większość udzieliła dodatkowych wyjaśnień.

Pozwolę sobie – jako uczestnik wydarzeń – podsumować całe to wydarzenie.

Manifestacja była organizowana przez środowiska narodowo-radykalne – de facto były to dwa zgromadzenia: na jednym, zarejestrowanym na osobę fizyczną, dominowali przedstawiciele organizacji Obóz Narodowo-Radykalny (były także osoby niezrzeszone), na drugim – które miało odbyć się w formie 14-osobowych grup pikietujących – zebrali się głównie przedstawiciele Narodowego Odrodzenia Polski. Obie grupy złączyły się pod kościołem na Piasku i członkowie obu zostali zatrzymani przez policję.

Jak to przebiegało z mojej perspektywy? Nie byłem organizatorem akcji, ale przez większość czasu znajdowałem się niejako w centrum wydarzeń.

Rankiem 12 kwietnia zaczęły na Dworzec Główny PKP przyjeżdżać pierwsze grupy uczestników – liczące po 10-20 osób. Wkrótce potem pojawia się oddział policji, który spisuje dane uczestników. Policjanci zachowują się raczej przyjaźnie. Ostatecznie policja nakazuje nam opuścić peron na którym czekaliśmy na kolejne grupy i przejść na plac przed Dworcem Głównym, gdzie mielibyśmy zebrać się wszyscy i wyruszyć na wyspę Piasek, gdzie miała się zacząć manifestacja.
Niedługo potem – niespodzianka. Pojawia się kolejny, wyższy rangą policjant, który twierdzi, że na placu zawiązuje się nielegalne zgromadzenie i rozkazuje najpierw podzielić się na niewielkie grupki, a potem tymi grupkami (oddzielonymi o kilkadziesiąt metrów i więcej!) ruszyć na Piasek. Oczywiście argument o nielegalnym zgromadzeniu to bzdura – nie rozwijano flag i transparentów, nie wnoszono okrzyków, nie wszczynano awantur etc. – zaś sam fakt przebywania na placu grupy znających się osób nie jest żadnym łamaniem prawa. Gdyby tak było, wówczas nawet szkolna klasa stojąca w kolejce po bilety uchodzić by mogła za nielegalne zgromadzenie. Swoją drogą ów policjant uzasadnia swoją opinię tym, że jeden z uczestników ma w klapie znaczek ręki z mieczem – policjant twierdzi, że to „znak zakazany”. Po pierwsze: nie jest zakazany. Po drugie: jeśli by był, to policjant powinien zarzucić posiadającej go osobie popełnienie przestępstwa czy wykroczenia. Po trzecie: to w jaki sposób obecność znaczka w klapie jednej z osób ma stanowić dowód istnienia nielegalnego zgromadzenia kilkudziesięciu osób – pozostaje tajemnicą... Szkoda, że prawdopodobnie ta sytuacja nie została zarejestrowana kamerą lub dyktafonem.

W każdym bądź razie pierwsza grupa wyrusza. Po godzinie 14 sytuacja się powtarza i na miejsce rusza kolejna część demonstrantów, podzielona na pomniejsze grupki. Wkrótce ja i osoby pozostałe jeszcze na Dworcu, by odbierać resztę przybywających, otrzymują informację, że osoby zmierzające na pochód katyński zostały pod Galerią Dominikańską zaatakowane przez lewicowe bojówki „antifa”. Jak się potem okazuje – był to czysto bandycki atak. „Antyfaszyści” zadawali ciosy pałkami, kastetami i łańcuchami. Jeden z uczestników demonstracji został skatowany do nieprzytomności i przewieziony do szpitala. Inny był potem atakowany jeszcze dwukrotnie (złamano mu nos), a kolejny skończył z plecami posiniaczonymi od ciosów pałką. Istotne, że wszystkie takie wydarzenia były ewidentnie wszczynane przez „antyfaszystów”, co przyznają nawet media niechętne środowiskom organizującym pochód. Można więc powiedzieć otwarcie, że rozkaz policji, by podzielić się na niewielkie grupki i zakaz pójścia jedną grupą doprowadził do narażenia manifestantów na niebezpieczeństwo i utratę zdrowia.



Ok. godziny 15:00 większa część uczestników jest już pod kościołem na Piasku, pod pomnikiem kard. B. Kominka. Zaczyna się formowanie szyku (by iść czwórkami), rozwijanie transparentu (w tym transparentu z napisem: KATYŃ ZAWSZE PAMIĘTAMY), a także oczekiwanie na dotarcie ostatniej grupy. Dobosz z werblem ćwiczy wybijanie rytmu, który ma towarzyszyć całemu pochodowi. Planowany jest elegancki przemarsz pod pomnik ofiar Katynia, złożenie tam zniczy i wygłoszenie przemówień, wreszcie – dotarcie do rynku.

Póki co jesteśmy jednak na Piasku. Pojawia się przedstawiciel Urzędu Miasta, uprawniony do rozwiązania manifestacji – ale tylko gdy narusza ona panujące prawo lub życie i zdrowie uczestników i osób postronnych. Póki co zezwala jednak na rozpoczęcie manifestacji. Tymczasem ze strony kontrmanifestantów, zgromadzonych w pobliżu, padają prowokacyjne okrzyki i oskarżenia członków pochodu o... faszyzm! W tej sytuacji uczestnicy formującego się marszu odpowiadają okrzykami „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę” oraz „Precz z komuną”.

W tym momencie przedstawiciel Urzędu, raptem kilka minut po swoim przybyciu, rozwiązuje zgromadzenie. Nie pomagają tłumaczenia, że ono nawet się nie rozpoczęło – skoro nie wyruszyliśmy, nie uformowaliśmy szyku, nie dotarły wszystkie osoby. Urzędnik twierdzi, że zgromadzenie już trwało i że niniejszym je rozwiązuje. Media podają później, że to z powodu okrzyków niezgodnych z prawem. Nie jest to prawda i nawet urzędnik tak nie twierdził – jego argumentem było to, że to co widzi na manifestacji „nie ma nic wspólnego z Katyniem”. Jest to jawny fałsz. Uzasadnienie urzędnika, jakoby manifestacja była niezgodna z tematem Katynia ze względu na okrzyki antykomunistyczne jest nieprawdziwe, ponieważ logicznym jest, że zbrodni w Katyniu dopuścili się komuniści, zatem manifestacja poruszać miała całokształt zjawiska - Katyń jako punkt wyjścia do szerzej refleksji nad patriotyzmem i zbrodniami komunizmu.
Analogicznie: ofiarami Katynia byli polscy żołnierze, ofiarami komunizmu i nazizmu w szerszym ujęciu polscy patrioci, nic więc dziwnego, że przewidywano także okrzyki o charakterze patriotycznym, jak „Narodowe Siły Zbrojne”, „Wielka Polska Katolicka” etc. Pomijam już obecność wzmiankowanego transparentu i przygotowanie zniczy.

Sytuacja nie jest jednak jasna. Policja nie blokuje drogi, zatem pochód mimo wszystko rusza. To bardzo istotne – policja nie otacza nas od razu, co więcej jeden z kolegów słyszy od funkcjonariusza słowa „przecież idziecie legalnie” – jakkolwiek niestety nie mamy tego nagranego.

Ostatecznie jednak policja tworzy kordon i blokuje manifestantów, żeby było ciekawiej: później zatrzymywane są także osoby spoza kordonu, np. działacze NOP. Pojawia się paradoks – jeśli manifestacja jest nielegalna i manifestanci mają się rozejść, to jak mają to zrobić, skoro kordon policyjny skutecznie to uniemożliwia?

Co więcej policja przez długi czas (godzina, półtorej?) nie ma żadnego pomysłu na rozwiązanie problemu. Ruch na ulicy jest zatrzymany, masa ludzi stłoczona w wąskiej uliczce, dalej zaś czekają kontrdemonstranci, a oprócz nich – bojówki „antifa” patrolujące miasto w poszukiwaniu rzekomych faszystów. Nic dziwnego, że uczestnicy – zawieszeni w próżni – zaczynają okazywać frustrację. Dodają sobie otuchy śpiewając Hymn Młodych, Mazurek Dąbrowskiego i Rotę. Potem policja nieoczekiwanie zacieśnia kordon i rusza na manifestantów (osobiście nie wiem z czego to wynikało). Następuje zawężenie otoczonego obszaru. Później rozpoczyna się – przebiegające spokojnie – pakowanie ludzi do radiowozów i rozwożenie po komendach. M.in. – o ile wiem – poza kordonem zostaje zatrzymany znany reżyser, pan Grzegorz Braun.

Moim zdaniem najrozsądniejszym wyjściem byłoby zezwolenie uczestnikom pochodu na kontynuowanie go. Dlaczego?

Po pierwsze: z uwagi na jego charakter. Było to wydarzenie nawet nie polityczne, a raczej o charakterze historyczno-patriotycznym. Werble, ustawienie czwórkami, transparent „katyński”, złożenie zniczy – to przesłanki pozwalające tak sądzić. Mógłby wyjść bardzo udany i sprawny przemarsz, nawet jeśli niektóre poglądy uczestników komuś nie odpowiadają (pomijam absurdalne oskarżenia o faszyzm etc.).

Po drugie: czym zakończyłoby się rozproszenie grupy? Większość osób przybyła pociągami z innych miast, zatem naturalną koleją rzeczy skierowałaby swe kroki na Dworzec Główny PKP. W takim razie musieliby iść zasadniczo w takim samym składzie jako zwarta grupa. To jednak policja być może uznałaby (niesłusznie oczywiście) za kolejną próbę nielegalnego zgromadzenia – domniemuję tak na podstawie tego, że za takowe uznała wcześniej zwykłą zbiórkę przed Dworcem. Rozwiązaniem byłoby znów podzielenie maszerujących na grupki po kilkanaście osób, oddzielone dużymi odstępami. Ale to z kolei doprowadziłoby do narażenia wracających manifestantów na kolejne ataki „antifa” – a przypominam, że zachowanie tych bojówkarzy było naprawdę bandyckie, zresztą 6 z nich zostało zatrzymanych i postawiono im zarzut pobicia.

Miasto mogło więc uniknąć chaosu, a na pewno bardzo go ograniczyć. Zdaję sobie sprawę z tego, jaką niechęcią władze miasta pałają do poglądów z pnia endeckiego czy narodowo-radykalnego. Mniejsza o to, jak bardzo obraz ONR i NOP jest skrzywiony przez media, jak bardzo te środowiska są zmitologizowane. Ale co jest gorszą wizytówką dla miasta: spokojny przemarsz osób wznoszących okrzyki antykomunistyczne czy też krwawe bijatyki, blokowanie ulic, przepychanki z policją, zapełnianie komend zatrzymanymi osobami etc.?


Działacz ONR bity pałką

Media w tej sprawie zachowały się rozmaicie. Postępowanie tzw. „antify” było tak oczywiste, że nawet Gazeta Wyborcza publikowała fotografie bojówkarzy „antyfaszystowskich” bijących pałkami (w kilka osób) leżącego na chodniku młodego człowieka. Demonstranci odpowiadali po prostu samoobroną. Portal lewica.pl podał, że kontrmanifestanci mieli ze sobą transparent z napisem: „ONR – od 74 lat walimy konia w imię Wielkiej Polski”. Doprawdy, ci ludzie sami sobie wystawiają świadectwo.

Adam T. Witczak

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Polityka