Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
61
BLOG

Ludwik Skurzak: "Rejterada PiS-u"

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 7

Jeszcze przed kongresem PiS telewizje zaczęły publikować reklamówki. Trzy panie, w gruncie rzeczy całkiem nijakie, mówiące nie wiadomo o czym ale miło i zachęcająco. Banalna zasada marketingu politycznego – kobiety ocieplają wizerunek. Samo spotkanie w Nowej Hucie przyniosło wprost deklarację, że Jarosław Kaczyński też został zwolennikiem politycznej miłości i wręcz przeprosił, że kiedyś myślał inaczej. Jeżeli prezes napisze kiedyś pamiętniki, należy mieć nadzieję na to, że wyjawi co sobie myślał wygłaszając ten passus.

Jarosław Kaczyński bywa politykiem pragmatycznym. Jeżeli uzna, że realizacja jego celów wymagają takich a nie innych środków, nie ma problemów z intelektualnym kompromisem. Tak było na początku lat 90-tych, gdy Porozumienie Centrum zaangażowało się w przejmowanie tytułów prasowych. Prezes po prostu wiedział, że bez własnych mediów nie ma szans w starciu z lewicą i rodzącym się koncernem Adama Michnika. Ten sam mechanizm zadziałał zapewne po 2005 roku, gdy Jarosław Kaczyński zdecydował się na niezbyt licującą z jego wcześniejszymi wypowiedziami koalicję z Samoobroną. Jak się wydaje, obecnie mamy do czynienia z kolejnym objawem tego zjawiska w postaci próby zmiany medialnego wizerunku Prawa i Sprawiedliwości.

Rok w opozycji bez żadnych sukcesów spowodował chyba wyciągnięcie przez Jarosława Kaczyńskiego wniosku, że skoro medialna jedynie polityka Platformy przynosi rezultaty i ugrupowanie to nie zużywa się przy władzy, to nie ma co kłócić się z faktami i PiS powinno robić podobnie. Widocznie Polacy lubią być robieni w balona przez media i postrzegać rzeczywistość jedynie wizerunkowo, przez wypaczone szkło telewizora. Skoro tak, to wniosek jest oczywisty. Wystarczy głoszenie infantylnych haseł w rodzaju polityki miłości. Fakt faktem, że jeżeli ktoś jest mocno zapatrzony w Donalda Tuska, może nabrać wiary w to, że świat tak właśnie jest skonstruowany.

Jeszcze przed kongresem PiS telewizje zaczęły publikować reklamówki. Trzy panie, w gruncie rzeczy całkiem nijakie, mówiące nie wiadomo o czym ale miło i zachęcająco. Banalna zasada marketingu politycznego – kobiety ocieplają wizerunek. Samo spotkanie w Nowej Hucie przyniosło wprost deklarację, że Jarosław Kaczyński też został zwolennikiem politycznej miłości i wręcz przeprosił, że kiedyś myślał inaczej. Jeżeli prezes napisze kiedyś pamiętniki, należy mieć nadzieję na to, że wyjawi co sobie myślał wygłaszając ten passus.

W całą tą konwencję wpisuje się ogłoszony po kongresie program. Lektura to jest niezwykle ciężka gdyż widać, że starano się wykreślić wszystko, co kontrowersyjne. Wyszedł więc przekaz strasznie miałki. Będziemy lepsi niż Platforma, damy wszystkim.

Skuteczność pragmatyzmu Jarosława Kaczyńskiego może być jednak kwestionowana i tak chyba będzie również tym razem. Gdyby bowiem ktoś po tym wszystkim zapytał, czym zasadniczo różniłaby się Polska PiS od obecnej, odpowiedz nie będzie łatwa. Skoro PiS /przynajmniej wizerunkowo/ ma się stać jedynie lepszą Platformą. Jak wiadomo, ludzie jednak jakoś wolą głosować na oryginał, a nie podróbkę – choćby się mówiło, że podróbka lepsza.

Gdyby patrzeć na to wszystko z poziomu trochę wyższego, niż doraźny pijar i codzienne rozgrywki korytarzy sejmowych „kto kogo”, sytuacja może się okazać być dość paradoksalną. To kilka lat temu w Polsce nie działo się właściwie nic takiego, co skłaniałoby do przełomu. Ujawnienie przez Adama Michnika rozmowy z Lwem Rywinem /do dziś nie jest zrozumiałym, co właściwie kierowało naczelnym Gazety Wyborczej/ było wydarzeniem tylko medialnym, a ludzie tacy jak Jan Rokita czy Zbigniew Ziobro popłynęli na fali medialnej fikcji, jaka w związku z tym powstała. Nie odpowiadały temu żadne realne procesy w narodzie. Tym czasem dziś, w momencie kryzysu, zachwianiu ulegają mechanizmy w skali nie tylko krajowej, ale wręcz globalnej. Ktoś, kto chciałby dokonywać realnych zwrotów cywilizacyjnych i kształtowania rzeczywistości według koncepcji innych, niż dominujące standardy demokratyczno-liberalne, powinien czyhać na swoją szansę /np. jak się wydaje, na takich właśnie pozycjach czatuje Vaclav Klaus/. Tym czasem PiS ogłasza pas, co stawia pod znakiem zapytania realność zmian, jakich miała chcieć ta formacja. Bardziej prawdopodobnie zaczynają wyglądać nieco spiskowo dotąd brzmiące teorie tych, którzy mówili, że partia ta jest jedynie sposobem dostosowywania Polski do realiów unijnych, np. przez podporządkowanie sobie licznego elektoratu katolickiego, który wraz z Radiem Maryja mógł jeszcze długie lata stanowić poważny kłopot nad Wisłą dla brukselskich zarządców.

A może było tak, że Polacy jeszcze kilka lat temu czuli, że po kilkunastu latach od roku 1989 kraj nie jest na miarę ich ambicji i szukali kogoś, kto zrobi to lepiej. Jednak ci, którzy się zgłosili okazali się mieć słabą receptę i po pewnym czasie ludzie doszli do wniosku – to już lepiej niech będzie, jak było.

Podejrzenia te znajdują potwierdzenia w najnowszym programie już w tym, czym PiS chwali się z okresu swojego rządzenia: „Do największych sukcesów dwóch lat naszych rządów należy zaliczyć ponad 1,3 mln nowych miejsc pracy”. Jeżeli to był jeden z największych sukcesów, to najlepszy dowód, że sukcesów w zasadzie nie było. Wzrost ilości miejsc pracy był efektem zjawisk ekonomicznych a nie politycznych. Ale przecież trudno z perspektywy paru lat mówić, że zasadniczo Polskę zmienił sztandarowy projekt PiS w postaci CBA.

Wnioskiem z okresu rządzenia nie jest, że nie wolno w przyszłości tracić czasu i trzeba działać dużo bardziej zdecydowanie, tylko że: „Jednemu z wicepremierów należy powierzyć koordynowania działań rządu w sprawach gospodarki i rozwoju. Wicepremier ten, dobrze współpracujący z szefem rządu i nieograniczony resortowym sposobem myślenia, powinien stawiać zadania poszczególnym resortom i instytucjom rządowym. W przypadkach ignorowania tych zadań przez adresatów premier powinien wyciągać konsekwencje personalne”. Brzmi to co najmniej mało przekonująco jeżeli wziąć pod uwagę, że Roman Kluska całymi miesiącami wręcz błagał, by realnie zacząć coś robić, co nie spotykało się z najmniejszym zainteresowaniem liderów PiS, którzy teraz sobie piszą: „W każdym resorcie muszą powstać najwyższej jakości służby prasowe, potrafiące rzetelnie i profesjonalnie wyjaśniać politykę rządu”.

Natomiast nie ma nic o tym, jak przełamać realizowanie przez ministerstwa jedynie urzędniczych interesów, co najbardziej widoczne jest właśnie w legislacji. Nawet najlepszy pomysł poddany procedurom ministerialnym powoduje, że nic z niego nie zostaje. Trudno uznać za realne rozwiązanie opiewany powrót do koncepcji zasobu kadrowego. Ta koncepcja wyśmiewana już w czasie, gdy PiS ją wprowadzał empirycznie pokazała, że w praktyce administracji nie zmieniło się dokładnie nic.

Tak więc skoro nie chce się już głosić może kontrowersyjnych, ale wyrazistych poglądów na temat tego, że Polskę trzeba realnie zmieniać, naturalnym jest przejście na powszechne w demokracji liberalno-medialnej hasła: „dać wszystkim”. Stąd po mało odkrywczych wnioskach z rządzenia czytamy: „dla Prawa i Sprawiedliwości największym wyzwaniem na najbliższe lata jest poprawa jakości życia wszystkich polskich rodzin, zrealizowanie minimum cywilizacyjnego dla każdego. Składa się na nie posiadanie własnego mieszkania, dostęp do nowoczesnych urządzeń komunalnych, infrastruktury i ochrony zdrowia, a także bezpieczeństwo osobiste, bezpieczeństwo mienia i bezpieczeństwo obrotu prawnego”.

Wkroczywszy na tą linię nie silono się już więcej na oryginalność. Najlepiej wszystkie problemy załatwią nowo powołane instytucje Rozwojem zajmie się Państwowa Rada Rozwoju oraz Komitet Rady Ministrów ds. Rozwoju pod przewodnictwem wicepremiera ds. rozwoju. O zdrowie zadba Fundusz Restrukturyzacji Publicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej i Urząd Zdrowia Publicznego. Ale zaistnieć ma nawet coś, co posiadać będzie nazwę jak z wczesnego okresu PRL-u: Urząd Regulacji Gospodarczej. Nieźle do nazwy tej pasuje wywód: „Dobór personalny przy obsadzie kierowniczych stanowisk we wszystkich wspomnianych ministerstwach i urzędach będzie oparty na kryteriach odwołujących się przede wszystkim do umiejętności zgodnego działania na rzecz celów określonych w Programie rozwoju kraju – ich rozumienia, zdolności do oderwania się od myślenia resortowego i partykularnego, lojalności wobec premiera i wicepremiera ds. rozwoju. Przeszkodą w realizacji naszych planów nie mogą stać się pozamerytoryczne spory na tle osobistym, charakterologicznym czy resortowym”.

A co będzie robił Urząd Regulacji Gospodarczej? „Będzie prowadzić zdecydowane działania przeciw zmowom powodującym nieuzasadnione podnoszenie cen decydujących o kosztach inwestycji. Trwanie tego procederu grozi niemożliwością pełnego wykonania planowanych zamierzeń. Oznaczałoby to, że po raz kolejny po 1989 r. nieuczciwy biznes zagarnia część wspólnego majątku Polaków. Administracyjne metody walki z nieuzasadnionym podnoszeniem cen są skuteczne, jeśli są prowadzone z odpowiednią determinacją i konsekwencją. Dowodem tego jest skuteczność działań Urzędu Komunikacji Elektronicznej”. Aby nie tracić czasu najprościej będzie przywrócić do systemu prawnego różne rozporządzenia z czasów bitwy o handel i zwalczania spekulanctwa.

„Inną metodą przeciwdziałania zawyżaniu cen będzie powierzanie wykonania inwestycji podmiotom zewnętrznym. Alternatywnym rozwiązaniem będzie powoływanie spółek Skarbu Państwa, które będą wykonywać określone prace po niższych cenach”. Nic, tylko przyklasnąć. Będą nowe rady nadzorcze i inne możliwości

W ogóle, jeżeli oddać tylko władzę PiS, to państwo środkami publicznymi zadba wszechstronnie o obywateli: „Publiczne przedszkola w pełnym wymiarze godzin powinny świadczyć opiekę całkowicie bezpłatnie, przy czym należy ustawowo zdefiniować zasady przyjmowania dzieci do takich przedszkoli /…/ wprowadzimy prawny obowiązek funkcjonowania przedszkoli w godzinach 6–18 przez cały rok”. Partia Jarosława Kaczyńskiego zarządzi i zadekretuje – wprowadzi prawny obowiązek. Pod ich rozkazem wszystko przecież musi pójść od razu lepiej.

Oczywiście, w tej wyliczance nie mogło zabraknąć też tradycyjnej obietnicy mieszkaniowej. Jest to koncepcja tak porywająca, że nie sposób sobie odmówić dłuższego cytatu: „Wsparcie programu budowy mieszkań komunalnych to istotne uzupełnienie innych instrumentów sprzyjających rozwojowi rynku mieszkaniowego. Proponujemy uruchomienie programu wspomagającego gminy do wysokości 25% inwestycji w budownictwo komunalne, o wartości 1 mld zł w latach 2009 i 2010. Na program ten można byłoby poświęcić niewykorzystane środki unijne z programów krajowych i regionalnych (2007–2013). Taka realokacja wymagałaby renegocjacji progów finansowania budownictwa narzuconych Polsce przez Komisję Europejską. W tej sprawie możemy uzyskać poparcie ze strony wszystkich nowych krajów członkowskich, które mają znaczne potrzeby mieszkaniowe do sfinansowania /…/ W pierwszym etapie grunty stanowiące własność Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego zostaną nieodpłatnie wniesione jako aport do specjalnie tworzonych spółek akcyjnych. Jednocześnie nastąpi konsekwentna deregulacja w sferze przepisów dotyczących procesu inwestycyjnego, o czym była mowa w pierwszej części programu, a także ustanowienie proinwestycyjnego wsparcia w sferze podatku dochodowego, o którym mówimy wyżej. W drugim etapie nastąpi wyłonienie, w drodze otwartego przetargu, prywatnych inwestorów, którzy postanowią zaangażować swój kapitał w powyższych spółkach. Wygra ten, kto zadeklaruje najniższą oczekiwaną stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału, co oczywiście będzie się przekładać na niższy czynsz obciążający przyszłych lokatorów. W trzecim etapie spółka publiczno-prywatna wzniesie budynki mieszkalne. Źródłem finansowania inwestycji będzie w ok. 20% kapitał spółki, a w pozostałej części kredyt bankowy. W czwartym etapie, po zakończeniu budowy, mieszkania będą wynajmowane, na 20–30 lat, lokatorom, którzy po upływie tego okresu będą mogli je nabyć na własność za symboliczną cenę”.

Piękny przykład poszukiwania cudownych sposobów, żeby wszystko działało nie na najprostszej możliwej zasadzie, że jednym się opłaca budować, innym kupować – ale jakiejś drogi na skróty w której powstaje wartość dodana nie wiadomo skąd, jak słodkość herbaty od mieszania. Ulubiony sposób polityków rozwiązywania problemów, obok oczywiście powoływania komisji. W tej samej konwencji są opowieści o tym, że zwiększy się procent wydatków na zdrowie czy wojsko, nie pisząc jednocześnie, na co niby się zmniejszy. Zapewne będzie tak, że pod rządami PiS-u budżet będzie miał dobrze ponad sto procent.

Z przygotowywanego z taka pieczołowitością i zapowiadanego od dawna programu PiS bardzo łatwo się natrząsać. Najbardziej istotny wniosek, jaki z niego i całej zmiany strategii tego ugrupowania jest inny. Skoro Jarosław Kaczyński ogłosił rejteradę z pozycji głoszenia projektu zaangażowanego i wyrazistego – kreującego nową wizję Polski, to może misję tą powinien przejąć kto inny.

Monopol braci Kaczyńskich na bycie polską prawicą sam w sobie był zjawiskiem dość dziwnym, gdyż nie są to postacie reprezentatywne dla bardzo wielu środowisk, które nigdy do PiS nie zostały dopuszczone, bądź zostały z tej partii wypchnięte, gdy tylko pożarci zostali ich wyborcy.

PiS był ugrupowaniem jedynie pełniącym obowiązki polskiej prawicy. Skoro dziś sami dobrowolnie zdają się z tych pozycji schodzić i szukać sobie elektoratu gdzie indziej, może nadszedł czas na wykreowanie czegoś na serio, a nie jedynie imitacji mającej zbierać głosy w urnach.

Warunkiem tego jednak niewątpliwie jest przywrócenie wiary w to, że możliwy jest projekt realnych zmian. Polski według innego pomysłu i prawdziwych autorytetów. Czy jest ktoś, kto taką wizję naprawdę posiada a na dodatek umie porwać jeszcze raz Polaków by uwierzyli i chcieli zaangażowania – a nie jedynie spokoju mdławej miłości płynącej z telewizora?

Ludwik Skurzak


 

 

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka