Nacjonalizm jest definiowany różnie, zależnie od tego kto tej definicji się dopuszcza. Tradycja i dorobek nacjonalizmu dodatkowo utrudnia sprawę definicji, gdyż trudno mówić o nacjonalizmie bezprzymiotnikowym. Proszę jednak o pokuszenie się o autorską definicję pojęcia nacjonalizmu, z Pańskiej perspektywy historycznej, politycznej, kulturowej…
Uważam, że to pytanie jest postawione błędnie. Zaczyna się od stwierdzenia, że „nacjonalizm jest definiowany różnie”. To oczywiście prawda. Jednak z dalszej części pytania wynika, że owa różnorodność wynika jedynie z faktu, kto definicji tej dokonuje (w domyśle: nacjonalista czy krytykujący go lewak). Problem jest znacznie poważniejszy: nie ma jednej definicji nacjonalizmu nie tylko ze względu na wartościowanie mające w podtekście motywy polityczne; nie ma takiej definicji, gdyż nacjonalizm w różnych epokach po prostu co innego znaczył. Aż do – mniej więcej – lat 80tych XIX wieku oznaczał „prawo narodu do samostanowienia”, co z jednej strony wiązało się z prawem każdego narodu do posiadania państwa, z drugiej zaś z uznaniem, że jedyną prawowitą formą legitymizacji władzy jest jej wywiedzenie z woli narodu, wyrażonej w demokratycznych głosowaniach. Na przełomie XIX i XX wieku ulega to radykalnej zmianie i nacjonalizm kojarzony jest z uznaniem obiektywnego interesu narodu za ważniejszy niż wola partykularnych grup, klas, jednostek. A więc interes narodu może nie pokrywać się z wolą większości narodu wyrażoną w głosowaniu powszechnym. Prowadziło to do zakwestionowania demokracji, właśnie w imię nacjonalizmu, czyli do odrzucenia pierwotnej definicji czym jest nacjonalizm. Do tego dodać należy jeszcze szowinizm, czyli przekonanie o wyższości mojego narodu nad innymi.
Oczywiście, jeśli będziecie Państwo nalegać, to mogę stworzyć własną definicję nacjonalizmu: uważam, że nacjonalizm to postawienie interesu narodu (obiektywnego) nad irracjonalnymi roszczeniami poszczególnych grup i jednostek. Dobro wspólne (bonum commune) to – dla mnie – zdrowo pojęty nacjonalizm. Jego wyrazicielem jest państwo. Nie polega on na uganianiu się z tasakiem za mniejszości narodowymi.
Jednym z podstawowych dylematów współczesnych badaczy nacjonalizmu jest znalezienie właściwych relacji ontologicznych między narodem i nacjonalizmem. Podejście modernistyczne zakłada, że koncepcja narodu jest polityczną projekcją elit nacjonalistycznych (nacjonalizm państwowy), natomiast podejście etnosymboliczne uznaje, że nacjonalizm wyrósł z istniejącego narodu. Która z tych koncepcji jest bliższa Pańskiemu stanowisku?
Zdecydowanie hołduję tzw. strukturalizmowi, czyli koncepcji, którą określono tu mianem „nacjonalizmu państwowego” (zresztą błędnie, gdyż nacjonalizmy takie wyrastają zwykle w sytuacji braku państwa: polski, baskijski, norweski, czeski). Nacjonalizm jest produktem rozpadu kosmosu społecznego w epoce nowożytnej. Aż do tego czasu wszyscy ludzie uważali się za członków wspólnoty chrześcijańskiej, politycznie przynależących do jakiegoś państwa i zobowiązanych z tego powodu do lojalności względem osoby króla, a potem tzw. korony. Przynależność stanowa i regionalna była istotniejsza niż narodowa. Chłopa i szlachcica kompletnie nic tu nie łączyło. Dopiero procesy laicyzacji z jednej strony, a rozwoju kapitalizmu z drugiej, doprowadziły do atrofii wspólnoty chrześcijańskiej i emancypacji jednostki ze struktur stanowych, korporacyjnych, regionalnych i rodzinnych. Szczególnym miejscem było miasto, gdzie zgromadził się tłum wyalienowanych jednostek, które szukały tożsamości. I znalazły ją w formie „wymyślonego” przez intelektualistów – na podstawie podań i tradycji – narodu. W tym sensie naród stanowi swoisty Ersatz naturalnej wspólnoty ze Średniowiecza, tyle, że przebywamy w tej wymyślonej wspólnocie już kilka stuleci i wydaje się nam, że od zawsze była naturalna. Tymczasem to długowieczność tego zjawiska powoduje, że mamy takie wrażenie. Jest faktem, że naród stał się dziś naszym naturalnym środowiskiem, choć kiedyś takim nie był – jeszcze we Francji XVIII wieku chłopi nazywali „cudzoziemcem” chłopa z innego regionu kraju.
Kwestia etyki i moralności to kolejny obszar zainteresowania nacjonalizmu, który w ten sposób niejako wkracza w „kompetencje” systemów religijnych. Czy, patrząc z europejskiej perspektywy, jest możliwa współegzystencja ekskluzywnego (vide etniczne kryterium przynależności), wspólnotowego nacjonalizmu z powszechnym i misyjnych chrześcijaństwem? Czy nacjonalizm chrześcijański jest możliwy do realizacji?
To zależy od punktu wyjścia. Są dwie możliwości. W przypadku pierwszym, gdy nacjonalistyczni intelektualiści „wymyślają” naród, muszą stworzyć dla niego pewne cechy (charakter narodowy). Jedni z nich uznają chrześcijaństwo za cechę trwałą tegoż narodu, inni nie. W zależności od tego, która opcja lepiej rozpropaguje swoją wizję, nacjonalizm może być chrześcijański lub nie. Może się to zmienić w czasie: np. wczesna endecja była indyferentna religijnie, a potem – w okresie II RP – stworzyła amalgamat narodowo-katolicki, ale na jej obrzeżach istniały grupy niechrześcijańskie (Zadruga). Nacjonalizm niemiecki czy włoski powstały w opozycji do chrześcijaństwa i zachowały bardzo długo ten charakter; francuski czy hiszpański także, ale potem ewoluowały tak jak endecja w Polsce. Ale istnieje także możliwość innej konstrukcji: ruch katolicki, broniący tradycji religijnej, zakorzenia ją w tym, co lokalne, a więc w tradycji narodowej (np. karlizm w Hiszpanii, katolicy irlandzcy). W tym przypadku nacjonalizm jest wtórny, a religia jest pierwotna. Taki nacjonalizm z natury rzeczy musi być chrześcijański.
Wszystko zależy od punktu wyjścia: jeśli źródłem (esencją) koncepcji jest idea narodu, to – mówiąc w języku tomistycznym – akcydentalnie łączy się ona lub nie łączy się z chrześcijaństwem. Jeśli zaś esencją jest idea religijna, to akcydentalnie łączy się lub nie łączy z nacjonalizmem. W tym drugim przypadku nacjonalizm musi być chrześcijański. Nie ukrywam, że ten drugi przypadek jest mi bliski ideowo.
Kwestie nacjonalizmu badane przez badaczy i egzemplifikowane przy okazji mniej już bardziej publicystycznych debat odnoszą się przede wszystkim do II połowy XIX i I połowy XX wieczny. Są to zazwyczaj debaty ahistoryczne, ignorują bowiem współczesny nacjonalizm istniejący w politycznym i kulturowym otoczeniu takich zjawisk jak: globalizacja i dynamiczny postęp techniczny, które osłabiają społeczne struktury, czy rozmach politycznych koncepcji tworzenia struktur ponadnarodowych. Czy ten „dzisiejszy” nacjonalizm jest w jakimś obszarze trendem modernizującym społeczeństwa europejskie? Czy nacjonalizm ma jeszcze coś do zaproponowania, jest w jakimś obszarze aktualny?
Przede wszystkim mamy dziś do czynienia z dwoma nacjonalizmami: europejskim i „zaściankowym” (słowa proszę nie traktować pejoratywnie – po prostu nie znalazłem lepszego). Tak jak w XIX wieku intelektualiści „wymyślili” naród na podstawie lokalnego etnicznego folkloru i wspólnoty lingwistycznej, tak dzisiejsi – jeszcze bardziej „postępowi” – intelektualiści wymyślili sobie naród europejski i robią wszystko, abyśmy wyszli ze wspólnoty „zaściankowej” i stali się globalną. Z tego powodu nacjonalizm „zaściankowy” z XIX wieku zmienił swoją funkcję: o ile 150 lat temu był ideologią rewolucyjną, skierowaną przeciwko Kościołowi, królowi i trójpodziałowi stanowemu, o tyle dziś broni tradycji lokalnej (narodowej) przed walcem europeizacji i ideologicznym projektem nacjonalizmu europejskiego, który stoi w opozycji do uniwersalizmu katolickiego, chrześcijańskiej koncepcji życia, a nawet liberalnego pojęcia własności prywatnej. Nacjonalizm tradycyjny nie jest już dziś ruchem modernizacyjnym, ale tradycjonalistycznym, gdyż projekt europeizacji jest projektem rewolucji kulturowej.
Nacjonalizm jako dominujący światopogląd to II połowa XIX wieku i I połowa XX wieku, wtedy nacjonalistyczne koncepcje zapładniały ideologie z różnych obozów: niemiecki nazizm, włoski etatystyczny faszyzm, portugalski chrześcijański korporacjonizm, czy hiszpański prawicowy autorytaryzm (gen. Franco). Po II wojnie światowej nacjonalizm poprzez zapożyczenie dokonane przez nazizm i wskutek stalinowskiej propagandy został napiętnowany jako główny ideologiczny winowajca II wojny światowej. Czy warto rehabilitować samo „pojęcie”, dobrze kojarzone w kręgu języka angielskiego i lepiej, niż w Polsce, w świecie „Zachodu”, czy raczej przyjąć, że to słowo-piętno, którymi straszy się zwykłych ludzi i gani (stygmatyzuje) polityków?
To w sumie nie mój problem, gdyż ja sam się za nacjonalistę nie uważam, ale za tradycjonalistę, który uważa tożsamość narodową za część tradycji. Zauważę jednak, że nurt polityczny, który ustąpił w kwestii własnej nazwy i identyfikacji „w imię realizmu”, niedługo w imię tegoż samego „realizmu” odrzuci kolejne nazwy, potem idee, aż w końcu uzyska akceptację TVN i „GW”. Oczywiście, możecie tak zrobić, ale czy na pewno tego chcecie?
Wbrew liberalnej propagandzie o „śmierci” nacjonalizmu cały XX wiek upłynął pod znakiem odrodzenia idei narodowej, najpierw mieliśmy do czynienia z falą dekolonizacji Afryki dokonywanej pod hasłami samostanowienia „narodów afrykańskich”, potem obserwowaliśmy rozpad imperium sowieckiego wraz z satelitami, który dokonywał się wzdłuż etnicznych granic, aby w końcu być świadkiem bałkańskiej tragedii dokonywanej w imię etnicznych imponderabiliów. Skąd bierze się taka żywotność i powszechność nacjonalizmu?
Nie ukrywam, że zawsze mnie irytuje posługiwanie się terminem „nacjonalizm” przy procesie dekolonizacji, skoro np. w Afryce w ogóle nie istnieje naród w europejskim pojęciu tego słowa, podobnie jak nie ma żadnego narodu czeczeńskiego czy kurdyjskiego. Tam są wyłącznie plemiona, grupy etniczne itd. Ale interpretacja strukturalistyczna nacjonalizmu bardzo prosto odpowiada na te pytania: nacjonalizm jest wymyślonym poczuciem społeczeństw, gdzie rozpadły się tradycyjne struktury i wierzenia. Pomysł ten został przekalkowany do krajów wybijających się na niepodległość przez ich elity, które nabrały wykształcenia i pojęć politycznych na europejskich uniwersytetach. Aby mieszkańcy takiej Ghany, Mozambiku czy Indii czuli jakikolwiek związek z powstającym państwem – a są przecież kompletną mieszanką etniczną i (często) językową, gdyż granice kolonii były wytyczane na mapach przez kolonizatorów bez uwzględnienia kategorii plemiennych – to należało wymyślić, a potem wmówić im, że należą do jednego „narodu”. O ile narody europejskie były wymyślone przez intelektualistów na podstawie autentycznie istniejących tradycji, obyczajów, grup lingwistycznych, to naród pozaeuropejski jest zupełną fikcją. Jeśli mieszkam w Zambii i należę do plemienia X, które zamieszkuje – dajmy na to – Zambię, Rodezję, Mozambik i Malawi, to trzeba naprawdę dobrego pijaru i marketingu, aby wmówić mi, że mam coś wspólnego (stanowię jeden naród) z przedstawicielami plemion mówiących innym językiem, a zamieszkujących poza Zambią także Kongo, Tanzanię i Kenię! Przecież jedynym racjonalnym pomysłem byłoby zlikwidowanie wszystkich państw postkolonialnych i wytyczenie granic państwowych pokrywających się z plemiennymi. Strach przed powszechną wojną sukcesyjną w Trzecim Świecie spowodował, że pomysłu tego nie zrealizowano.
Nacjonalizm w uprawnionym tego słowa znaczeniu jest zjawiskiem niepowtarzalnym, pierwotnie wyrosłym z procesu destrukcji Cywilizacji Łacińskiej, a obecnie broniącym jej pozostałości przed lewicową europeizacją.
Wywiad ukazał się na łamach "Polityki Narodowej"
57
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)