Istnieje rodzaj krytyki, który w gruncie rzeczy jest wyrazem hołdu oddawanego przeciwnikowi. Wygłaszanej w radykalnym emocjonalnym tonie, ale będącej w istocie oznaką bezsilności i poczucia wyższości drugiej strony.
Piotr Gontarczyk w dzisiejszej Rzeczpospolitej /21 lutego 2009 roku/ prezentuje tekst pt. „Ta Polska im się podoba”. Jest o złym PZPR-ze i postkomunistach jako tych, którym na skutek okrągłego stołu obecna Polska może się właśnie podobać.
Krzyczeć w takim tonie na spadkobierców nieboszczki partii to innymi słowy mieć do nich pretensje o to, że w 1989 roku nie wykopali w ziemi dziury i się sami nie zakopali – zgodnie z metodą, jaką na walkę z bolszewikami wynalazł Kabaret Moralnego Niepokoju. Z tym, że tekst Piotra Gontarczyka nie ma charakteru rozrywkowego, a więc uciekanie się do takich recept jest raczej nie na miejscu. Skoro tak, to szkoda wylewać swoje żółcie jeżeli autor nie jest w stanie narysować innego scenariusza jaki wówczas mógł się wydarzyć. Pokazać, kto i jaki błąd popełnił, że zrealizował się ten gorszy scenariusz, zaś lepszy pozostał jedynie możliwością.
"Czasem można usłyszeć opinię, że Okrągły Stół był ważnym krokiem w kierunku wolności. Sęk w tym, że pod wieloma względami było dokładnie odwrotnie" – pisze autor. Ale właśnie całkowicie nie rozwija kwestii, jak to mogło się potoczyć inaczej. Czy było w ogóle możliwym, by ktoś zapobiegł wówczas przejęciu władzy w Polsce przez układ post-PZPR-u i lewicy laickiej?
Piotr Gontarczyk widzi to tak: "PZPR stała na skraju przepaści. Czy nie należało poczekać, aż wykona kolejny krok do przodu? Już po kilku miesiącach tempo politycznych wydarzeń przekreśliło sens zawartego porozumienia". Tylko że jaki miał być ten krok? Poparcie społeczne tego ugrupowania oparło się wówczas już o minimum na skali i trudno było oczekiwać dalszych spadków. Ich późniejszy partner zza okrągłego stołu nie chciał dokonać całkowitej likwidacji bywszej przewodniej siły i tak samo nie chciałby tego pewnie po kilku miesiącach. Może więc cała operacja nie odbyła by się przy okrągłym stole, a przy np. wieczornym ognisku, ale co to w końcu za różnica poza tym, że wieczornego ogniska nie można by pewnie wystawiać w Pałacu Prezydenckim?
Naiwność rozumowań historyka IPN jest wręcz wzruszająca: "Kiedy były działacz antykomunistycznej opozycji Wacław Havel obejmował urząd prezydenta Czechosłowacji, a na Węgrzech odbywały się całkowicie demokratyczne wybory parlamentarne, w Polsce ministrem spraw wewnętrznych był gen. Czesław Kiszczak, a obrony narodowej gen. Florian Siwicki". A gdyby w Polsce były wolne wybory to na kogo niby ci ludzie mieliby głosować? To rok 1993 doskonale pokazał, że problem był gdzie indziej. "Dzięki rozmowom przy Okrągłym Stole w początkowej fazie transformacji udało się zmarginalizować znaczną część środowisk antykomunistycznych odwołujących się do wartości tradycyjnej prawicy". A mogło się w ogóle stać inaczej?
Rozwijając ten temat można powiedzieć, iż to samo odnosi się do sytuacji politycznej która miała miejsce niecałą dekadę wcześniej, gdy karnawał Solidarności przerwał stan wojenny. Prosta krytyka tych wydarzeń napisana według schematu Piotra Gontarczyka przebiega w ten sposób, że sugeruje się, iż wszystko byłoby dobrze, gdyby zły generał nie wyłączył pewnej nocy telefonów a jego sługusy nie zastukaliby do wielu polskich drzwi. Ale tak naprawdę, co miałoby być dobrze? Czy wówczas była szansa na to, że cala operacja nie zakończy się zdarzeniem analogicznym do okrągłego stołu między „doradcami” Związku, a którąś częścią ekipy rządzącej? Była jakaś realna siła, która mogła narzucić inny wariant?
Na to fundamentalne pytanie /już wszystko jedno odniesione do którego momentu historii/, nic się od Piotra Gontarczyka nie dowiemy, co właśnie sprawia, że mnie przynajmniej jego tekst wyłącznie irytuje. Po co bowiem pisać, że układ wygrał. To jest mało wiekopomne odkrycie. Trzeba radzić co z tym zrobić, a do tego pomocnym może być odpowiedz na pytanie, czy mogło być inaczej.
Spróbujmy więc rozwiązać tą kwestię. Tak na prawdę poza wymuszonej geopolityką i ugruntowanej kilkoma dekadami struktury PZPR i organizacji zależnych, drugim realnym podmiotem był jedynie Kościół Katolicki. Rozumiany oczywiście nie tylko jako hierarchia, ale właśnie jako pewna struktura: w tym aspekcie tych wiernych, dla których nauczanie Kościoła jest branym pod uwagę czynnikiem także w kwestiach życia społecznego, oraz duchowieństwo. Przy czym relacje tu są bardziej skomplikowane, gdyż władza hierarchiczna odnośnie spraw duchowych nie koniecznie musi się pokrywać z aspirowaniem do wykonywania władzy świeckiej. Tym niemniej pewne bodźce musiały wychodzić od hierarchii w szczególności, gdy struktury świeckie z jakiegoś powodu nie mogą funkcjonować. Tak, jak było to właśnie w PRL-u.
Przypomnijmy jeszcze raz, co pisał Piotr Gontarczyk: "Dzięki rozmowom przy Okrągłym Stole w początkowej fazie transformacji udało się zmarginalizować znaczną część środowisk antykomunistycznych odwołujących się do wartości tradycyjnej prawicy". Czy ta tradycyjna prawica mogła się pojawić w Polsce z innego miejsca, niż właśnie z tak rozumianego Kościoła? Można nawet powiedzieć więcej – czy do dzisiaj nie jest tak, że żadnej innej możliwości w tym względzie w naszym kraju nie ma?
Okrągły stół odbył się za zgodą hierarchicznego Kościoła polskiego. To oczywisty historyczny fakt. Czemu tak się stało? Czy biskupi popełnili błąd popierając układ czerwonych z różowymi? Jeżeli odrzucić hipotezę zdrady taka decyzja zapewne musiała wynikać z uznania, że nie ma możliwości zbudowania w pełni alternatywnej siły, więc lepiej zmieniać w ograniczonym ale możliwym zakresie.
Sam Piotr Gontarczyk ucieka w odpowiedz mitologiczną, bliską zresztą bardzo wielu polskim politykom – jak się wydaje na czele z Jarosławem Kaczyńskim. "Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich należało wówczas dokonać, to stworzenie apolitycznych, cywilnych i wojskowych służb specjalnych". Jako konserwatyści chętnie wierzymy, że liberalna demokracja to w gruncie rzeczy jedynie pewna fikcja, zaś rzeczywiste mechanizmy władzy są gdzie indziej - np. w rekach służb specjalnych. Oczywiście, instytucje które poruszają się w systemie a nie są zobowiązane do przestrzegania jego reguł, siła rzeczy są faworyzowane w walce o faktyczną władzę. Ale nie przesadzajmy. Służby grają znaczonymi kartami, ale jednak są jedynie jednym z uczestników gry, a nie czynnikiem transcendentnym. Tu można powiedzieć to samo, co na początku. Istnieje rodzaj krytyki, który jest wyrazem hołdu oddawanego przeciwników.
Takie narzekanie dziś w tonie, że wszystkiemu winna jest PZPR, ma skutek jedynie usypiający. Oto bowiem ewidentnie stajemy wobec sytuacji kolejnego możliwego przełomu politycznego. Scena polityczna, mimo pozornej stabilności ufundowanej choćby na finansowaniu partii politycznych – jest w rzeczywistości wypalona. Polityka miłości Platformy Obywatelskiej obliczona na uśpienie aktywności politycznej Polaków była dobrym pomysłem, ale jak każde takie rozwiązanie zużywa się i potrzebuje zastąpienia czymś nowym. Prawo i Sprawiedliwość jest opozycją, dla której trudno wskazać wariant powrotu do władzy. Po prostu – nie jest postrzegana przez naród jako alternatywa dla obecnie rządzących. Wszystko to uwyraźniło się szczególnie gdy pojawiły się problemy o charakterze gospodarczym. Okazało się, że ani PO, ani PiS, nie mają w tej sytuacji nic ciekawego do powiedzenia. O martwi się o stan polskiego pieniądza w perspektywie pożądanego wejścia do strefy euro. Ten kolejny krok ograniczenia polskiej suwerenności może być ważny dla stabilności systemu i wielkiego kapitału /czyli najczęściej jakichś podmiotów międzynarodowych/. Zwykły Polak stojący na końcu tej kolejki po niewielki kredyt dla swego rodzinnego biznesu będzie miał z tego tylko tyle, że wyniki jego biznesu jeszcze bardziej zostaną powiązane z tym, co dzieje się w jakichś dalekich stolicach, przede wszystkim Berlinie. Z kolei nowy imidż PiS-u to koncentracja na tym, by przy tego typu działaniom Polakom coś jednak kapnęło – raczej w formie jałmużny. We wzruszający sposób poglądy obu ugrupowań spotkały się w pomyśle, by państwo brało na siebie spłatę kredytów mieszkaniowych tych, którzy stracą pracę. Ale tylko niektórych kredytów - tych najniższych.
Tymczasem dla Polaków którzy nie pozostają na żołdzie światowych koncernów, ani nie są jeszcze gotowi sprowadzić swojej egzystencji do konsumpcji zasiłkowych resztek – żadna z tych optyk nie jest interesująca. Jak wiadomo większość naszego PKB wypracowują właśnie tacy ludzie – prowadzący niewielkie firmy. Dla nich istotne byłyby takie reformy, jakie od lat utożsamia się z nazwiskiem Romana Kluski – umożliwiające im codzienne funkcjonowanie i koncentrowanie się na tym, z czego mają chleb, a nie na kłodach jakie rzuca im pod nogi własne państwo. Jeżeli dać im tylko tyle, dziedzicząc wielopokoleniowe tradycje partyzantki jakoś pewnie z tym faktycznym, czy wymyślonym kryzysem, jakoś pewnie dadzą sobie radę.
Jest coś niezmiernie charakterystycznego w tym, że obie te partie, tak PiS, jak i PO, werbalnie od lat w pełni to popierają /a nawet wręcz starają się instrumentalnie posługiwać nazwiskiem Romana Kluski/ - natomiast w praktyce nic z tego nie wynika. Wystarczy zajrzeć do najnowszego programu PiS ogłoszonego dopiero co na kongresie, ile razy wymieniane jest tam nazwisko znanego biznesmena i porównać to z tym, co PiS proponuje obecnie.
Jak więc widać, w gruncie rzeczy stanęliśmy znowu w miejscu bardzo podobnym jak w roku 1981 czy 1989. Skąd jednak wziąć nową jakość? Uśpić się znowu można właśnie opowieściami o PZPR-ze czy nieogarnionym wpływie służb. Ale jeżeli jakiś kolejny Gontarczyk nie ma za dekadę chlipać znowu w gazetowy rękaw, trzeba ten narkotyk porzucić i zająć się realną działalnością.
Ludwik Skurzak



Komentarze
Pokaż komentarze (3)