Pojawienie się ruchu zostało entuzjastycznie przyjęte przez środowiska zdecydowanie wrogie nie tylko pogłębianiu budowy struktur europejskich, ale i samej Unii. Odczucia te dobrze odbierali kilka miesięcy temu Roman Giertych i Wojciech Wierzejski rzucając prowokacyjne, acz słuszne hasło opuszczenia przez Polskę politycznej części Wspólnot po zakończeniu obecnego okresu programowania. Hasła takie trafiają na podatny grunt w kręgach, które nie odczuły pozytywnych skutków przystąpienia do UE, a przeciwnie wiąże z tym faktem pogorszenie warunków życia oraz obawia się utraty kolejnych elementów suwerenności kraju.
Podstawowym problemem, z którego chyba sobie nie zdawać sprawy niektóre podmioty pragnące uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego – jest czynnik czasu.
Od kilku kolejnych elekcji daje się zauważyć tendencja do skracania kampanii wyborczych. Zamiast ok. półrocznego, a następnie kwartalnego okresu przygotowań – obecne akcje ograniczone są do absolutnego minimum, rzędu jednego miesiąca. Doliczając do tego kilka tygodni na (określone ordynacją) czynności prawne, rozpoczęte rozpisaniem wyborów – należy uznać, że już jesteśmy w poważnym niedoczasie jeśli chodzi o przygotowanie do kampanii. W tym kontekście logiczne wydają się ruchy personalne w telewizji politycznej, jednak nawet stała obecność przedstawicieli LP w programach informacyjnych aż do czerwca br. - nie zniweluje skutków długotrwałej propagandy, utrwalonej w świadomości wyborców/widzów.
Do wyborów zostało mniej niż 3 miesiące. Tymczasem środowiska LIBERTAS Polska (LP) straciły czas od grudnia ubiegłego roku na określanie własnego zasięgu. Sama nazwa została wprawdzie w pewnym stopniu spopularyzowana, jednak poprzez powiązanie jej z określonymi nazwiskami czynnych polityków, którzy następnie promują kolejne inicjatywy – powoli znowu zanika w chaosie informacyjnym.
Liderzy formacji powinni więc sobie odpowiedzieć na dwa pytania: jak nagłośnić istnienie i podnoszoną oryginalność LIBERTAS na polskiej scenie politycznej? oraz – jak sprostać wymogom prawno-organizacyjnym kampanii?
Dobre wejście
To, co początkowo było siłą LIBERTAS zostało wykorzystane odpowiednio. Nowatorstwo; oryginalność pomysłu; osoba lidera spoza lokalnych układów i z atrakcyjnym życiorysem - dobrze wpasowały się w rzeczywiście istniejące zapotrzebowanie na pojawienie się nowej siły politycznej. Wbrew pozorom nie było też słabością pojawienie się wokół tej inicjatywy doświadczonych polityków. Pogląd, że „należy zabronić działać tym co byli!” pojawiający się w niektórych środowiskach sprowadza się bowiem tak naprawdę do dwóch haseł: „to my teraz chcemy być posłami!” oraz „nie zabraniajcie nam popełnić jeszcze raz waszych błędów!”.
Gadające głowy
Za dobrym wejściem powinny jednak pójść kroki kolejne. Długotrwałe i dość monotonne wykłady Declana Ganleya (przedłużane dodatkowo koniecznością tłumaczenia) sprawdzą się być może w kontaktach osobistych i na spotkaniach z wyborcami, jednak na razie odbierają atrakcyjność formacji choćby w ramach obecności w mediach, w których liczy się krótkość, przejrzystość i wyrazistość przekazu. Przemówienia lidera miały więc zostać uzupełnione masową kampanią referendalną, posługującą się bardziej popularnymi metodami propagandowymi. Podobnie eksperckie wystąpienia Artura Zawiszy dałyby zapewne dobre efekty w spotkaniach branżowych i np. przy pozyskiwaniu sponsorów. Dla typowego odbiorcy są jednak zbyt specjalistyczne. Co ciekawe, polityk ten występując w programach publicystycznych jest niemal anegdotycznym „wujkiem – mistrzem ciętej riposty”, tymczasem na konferencjach LIBERTAS zaczyna zachowywać się, jakby nagle uwierzył w inteligencję odbiorców wiadomości... Wytwarzanie wrażenia, że „jest się poważną formacją” może być elementem szerszej strategii, nie powinno jednak takowej zastępować. Charakterystyczny jest tu przykład kampanii prezydenckiej Leszka Moczulskiego z 1990r., który istotnie dowiódł, że ma program, ale sukces odniósł dopiero rok później, gdy umiejętnie go sprzedał, stosując metody populistyczne.
Wracając do kwestii kampanii referendalnej należy podkreślić, że z chwilą rozpoczęcia właściwej kampanii wyborczej propagandowa akcja traktatowa może zostać przez PKW potraktowana jako jej element, co pociągnie za sobą ataki medialne, a także przyszłe kłopoty w rozliczeniu powyborczym. Znowuż więc mści się zaistniałe opóźnienie.
Nietrafiony target
Odrębną kwestią jest dobór haseł stosowanych przez LP. Cały ruch opiera się na hasłach europejskości, demokratyzacji i uproszczenia struktur Wspólnot Europejskich oraz prostym sprzeciwie wobec ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Kanon ten nie uwzględnia zasadniczych różnic między krajami starej, a nowej Unii. O ile w tych pierwszych dochodzi już do głosu pokolenie wychowane we Wspólnotach i w ramach sprzeciwu wobec ich biurokratyzacji i skostnienia – o tyle w Polsce ich równolatków w znacznej części cechuje jeszcze bezkrytyczny entuzjazm wobec obecnego trybu i kierunku integracji.
Tu właśnie jawi się przyczyna nieporozumienia z LP. Pojawienie się ruchu zostało entuzjastycznie przyjęte przez środowiska zdecydowanie wrogie nie tylko pogłębianiu budowy struktur europejskich, ale i samej Unii. Odczucia te dobrze odbierali kilka miesięcy temu Roman Giertych i Wojciech Wierzejski rzucając prowokacyjne, acz słuszne hasło opuszczenia przez Polskę politycznej części Wspólnot po zakończeniu obecnego okresu programowania. Hasła takie trafiają na podatny grunt w kręgach, które nie odczuły pozytywnych skutków przystąpienia do UE, a przeciwnie wiąże z tym faktem pogorszenie warunków życia oraz obawia się utraty kolejnych elementów suwerenności kraju. Tyle, że obecnie akcenty te zostały wytonowane na rzecz opacznie w Polsce kojarzonej „europejskości”, co już zaczęli punktować tak Marek Jurek, jak i Janusz Dobrosz. Obok kwestii nieufności kadrowej – to również i te różnice ważą na wstrzemięźliwości wobec LP ze strony niektórych pierwotnie zainteresowanych środowisk.
Ciasny, ale własny?
W tej sytuacji kampania LIBERTAS od razu stawia sobie poprzeczkę bardzo wysoko – chce bowiem wykreować własny elektorat poza dotychczasowymi podziałami nie tylko partyjnymi, ale i ideologicznymi. Teoretycznie byłoby to możliwe – wartości leżące u podstaw LP mogłyby trafić do części młodzieży, a także pokolenia 20-30 latków ulegających wprawdzie pro-europejskiej propagandzie, ale doświadczających bieżących trudności życia, pracy czy działalności gospodarczej. Pamiętajmy, że w zbliżonych okolicznościach „Samoobrona” stała się przejściowo reprezentantem potrzeb klasy średniej – drobnego biznesu, handlu, producentów rolnych itp. LIBERTAS szuka drogi środka w sytuacji, w której środki z polskiego budżetu przekazywane na inwestycje w infrastrukturę, dotacje dla rolnictwa czy wsparcie dla biznesu są kłamliwie przedstawiane jako „pieniądze z Unii Europejskiej”. Podobnym zabiegiem jest tradycyjne już informowanie o funduszach możliwych do pozyskania, a nie tych wykorzystanych rzeczywiście.
Sęk w tym, że tego wszystkiego nie da się zrobić w trzy miesiące. Zauważmy np., że LIBERTAS nie funkcjonuje w ogóle w środowisku wiejskim (zapewne wskutek wcześniejszego liczenia na zagospodarowanie tej działki przez przecenianego PIASTA). Upraszczając – Ganley miałby może szanse na bycie neo-Tymińskim, tylko, że ten nawet w 1990r. miał niskie poparcie akurat w środowisku wiejskim...
Co więcej, LIBERTAS musi zważać na pouczające analogie. Już raz kierownictwo LPR (czyli de facto zaplecze LP) wymyśliło sobie, że wykreuje własną bazę wyborczą, używając umiarkowanej frazeologii nader podobnej do używanej przez Ganleya. Jak to się skończyło – wszyscy wiemy...
Toruń poczeka?
I tu dochodzimy do kwestii tak zasadniczej, że aż banalnej. Próba budowy własnych podstaw działalności jest dla LP koniecznością wobec okresowej niemożności porozumienia się z - kluczowym dla organizacji prawej strony sceny politycznej – ośrodkiem toruńskim. Zaniechania i błędy ze strony LPR doprowadziły do zerwania więzi z łączących ją wcześniej z Radiem Maryja. Rozbicie szeroko rozumianych kręgów znajdujących się poza głównym nurtem politycznym i umownie nazywanych eurosceptycznymi, spowoduje zapewne wstrzemięźliwość o. Rydzyka w szafowaniu swym poparciem wyborczym. Słowem - jeśli nie będzie jednej listy prawicy do Europarlamentu, RM może znów poprzeć PiS, ewentualnie udzielając wsparcia poszczególnym kandydatom z innych list. Choć to smutne, to jednak nie beznadziejne. Udzielone po raz kolejny na kredyt poparcie dla PiS będzie dla tej partii co najwyżej odroczeniem wyroku. Czy jednak dla jej nieudolnych konkurentów stanie się nauczką podobną do tych, które stworzyły niegdyś LPR, czy Przymierze Prawicy? Przyszłoroczne wybory samorządowe niby ułatwiają pogodzenie sprzecznych interesów przywódców prawicowych. Cóż z tego jednak, skoro zbiegają się z prezydenckimi. Te zaś zawsze budzą demony w głowach liderów, by oni sami zamienili się w błaznów. Przypomnijmy, że brak listy eurosceptycznej w 2004r. praktycznie uniemożliwił stworzenie sprawnego komitetu rok później, przy wyborach parlamentarnych.
Ustawiona kampania
Wspomniana na wstępie krótkość kampanii wyborczej jest tylko jednym z elementów sprzyjających sukcesom uznanych, dużych partii. Temu samemu celowi służyć ma także widoczne już rozłożenie akcentów. Podtrzymywany jest sztuczny, dychotomiczny podział sceny politycznej pomiędzy PO i PiS. Kampania miałaby być w istocie „wyborem między prezydentem Kaczyńskim, a prezydentem Tuskiem”. W podobnym celu wywołana jest merytorycznie przedwczesna i nieuzasadniona debata na temat wprowadzenie w Polsce euro. Na obecnym etapie spór ten jest pozbawiony realnego znaczenia, ma jednak wytworzyć wrażenie fundamentalnej różnicy zdań między Platformą, a PiS-em. W przypadku tej drugiej partii oznacza to pewne asekuranctwo w sytuacji dokonanego wcześniej zwrotu w kierunku centrum. Taktycy PiS nie są więc już tak pewni, że formacji tej nie grozi „obejście z prawej”.
Skądinąd dygresyjnie można zauważyć, że problemem Jarosława Kaczyńskiego pozostaje jego pozostawanie na etapie wcześniejszych, a nie najbliższych wyborów. Gdy w elekcji 2007r. po raz pierwszy do głosu doszedł elektorat zadowolony z przemian i optymistyczny – PiS wybrał drogę agresywnej kampanii negatywnej. Gdy podsyca się lęk przed kryzysem i słabnie wiara w obiecywany przez PO cud gospodarczy – Kaczyński decyduje się na kopiowanie metod Tuska. Tymczasem elektorat, który pozostał przy PiS uczynił tak nie pomimo kampanii negatywnej wobec tej partii, ale dzięki niej. Ludzi ci naprawdę widzą w Kaczyńskim twardego, trochę szorstkiego i konsekwentnie prawicowego szeryfa, obrońcę interesu narodowego i tradycyjnych wartości, którym ten nigdy nie był, mimo sugestii głównonurtowych mediów. Wbrew przekonaniu o trwałej dwubiegunowości naszej sceny politycznej – to fakt, że elektorat ten (jak zwykle) zostanie kiedyś zawiedziony przez swego idola (jak wcześniej przez Wałęsę, czy Olszewskiego) – otwiera przynajmniej potencjalne perspektywy dla nowego ruchu politycznego.
Słabości i cele
Jak prezentuje się LIBERTAS w kontekście wyżej zarysowanych, a narzucanych obecnej kampanii tematów? LP nie ma wyrazistego przywództwa krajowego, co miało m.in. godzić ambicje rodzimych liderów i utrudniać personalny atak na formację. Oprócz tych pozytywów - brak jednej rozpoznawalnej twarzy partii może utrudniać identyfikację z nią. Jeśli więc LP nie zdecyduję się na zmianę taktyki – pozostaje mu propagandowo opierać się na liderach lokalnych oraz kampanii społecznościowej, eksponującej wspólnotę, naród itp. w opozycji wobec osobistych ambicji polityków.
Ostatnią wreszcie – lecz pierwszą w hierarchii ważności dla kreatorów LIBERTAS, będzie odpowiedź na pytanie o trwałość tworzonego przez nich ruchu. Jeśli – jak wynika z deklaracji, jest on koncepcją strategiczną, mającą trwale zorganizować pewien fragment sceny politycznej – wówczas jego zaraniem nie może być porażka wyborcza, przy czym za takową należy uznać osiągnięcie wyniku poniżej 3 procent, zakończone wstydliwym ukryciem przegranego szyldu. Tymczasem czasu na przygotowania już właściwie nie ma.
Konrad Rękas
245
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)