Fenomenu zwanego pejoratywnie nepotyzmem nie da się zwalczyć żadnymi środkami, skoro stanowi on integralną część naturalnego porządku rzeczy, ale też w takim razie nie ma żadnego powodu, by go zwalczać czy pejoratywnie przedstawiać.
Na czym polega nepotyzm, nie trzeba nikomu w Polsce wyjaśniać. Każdy z nas miał niejedną okazję, by słuchać zżymania się w prywatnych i publicznych wypowiedziach – a zapewne też zżymał się sam – na bezkarną bezczelność polityków czy urzędników, obsadzających stanowiska swymi bliższymi lub dalszymi krewnymi. Dźwięk tego słowa natychmiast wywołuje negatywne skojarzenia, można by rzec – na sposób automatyczny. Zatroskani stróże etosu obywatelskiego – a może raczej ci, którzy chcą za takich uchodzić – nieustannie zastanawiają się nad sposobami skutecznego wyplenienia tego procederu. Wszyscy potakują zgodnie, że problem istnieje, że osiągnął oburzające rozmiary, że coś wreszcie trzeba z tym zrobić. Nikt natomiast nie próbuje postawić jednego kluczowego pytania – pytania o istotę kwestii: czy aby na pewno nepotyzm jest patologią?
O nienormalnym charakterze nepotyzmu najhałaśliwiej przekonują organizacje pozarządowe zajmujące się propagowaniem ideologii „społeczeństwa obywatelskiego”. (Na marginesie, ciekawe, jak by wyglądała ich pozarządowość, gdyby sprawdzić źródła finansowania ich działalności.). Przedstawiają one nepotyzm jako zagrożenie dla demokracji. I to ma świadczyć na jego niekorzyść? Nie, raczej każe spoglądać na to zjawisko z aprobatą oraz nadzieją. Zagrożenia dla normalnego porządku politycznego stanowi zaś niewątpliwie demokracja, a także ideologia „społeczeństwa obywatelskiego”, która np. piszącemu te słowa zawsze przypominała demoliberalną wersję ideologii „permanentnej rewolucji” Trockiego. W wyklinaniu nepotyzmu lubują się ponadto publicystyczni bojownicy z „polskim zaściankiem”, widzący w nim kolejny z miliona powodów, by wpajać rodakom poczucie cywilizacyjnej niższości względem Europy Zachodniej. Biorąc jednak pod uwagę, iż publicyści tego sortu pozostają propagandowymi szczekaczkami na jurgielcie międzynarodówki postępowców, trudno podejrzewać ich o dobrą wolę akurat w tej jednej sprawie. W której zresztą – jak zwykle – kłamią, ponieważ nepotyzm nie jest w żadnym wypadku polską specjalnością. Borykają się z nim bezskutecznie wszystkie państwa modelowej demokracji, jak Unia Europejska długa i szeroka. Jego powszechne występowanie w państwach niedemokratycznych nie wywołuje niczyjego zdziwienia. Wszystko wskazuje, że omawiane zjawisko ma zasięg uniwersalny. Czy wobec tego naprawdę wypada uważać je za patologię – czy może raczej za normę?
Prof. Szymon Dzierzgowski (1866-1928), nacjonalista i założyciel Obozu Monarchistów Polskich, pokazywał w swoich pracach, iż człowiek, powodowany biologicznym popędem zachowania gatunku, instynktownie dąży do przekazania potomstwu własnego statusu w społeczności wraz z posiadanymi godnościami. Z tego też powodu dziedziczna monarchia jako ustrój polityczny posiadała w jego ocenie podstawy w samej naturze ludzkiej. W świetle ustaleń Dzierzgowskiego – profesora biologii – dziedziczenie jawi się nie jako jedna z wielu praktyk społecznych, lecz jako naturalna, gatunkowa skłonność człowieka, wrośnięta głęboko w jego istotę. Dlaczego tedy mielibyśmy się oburzać na biurokratów, którzy załatwiają państwowe posady swoim dzieciom, kuzynom i pociotkom? W rzeczywistości w ten prozaiczny sposób odwieczne prawo rodu i zasada dziedziczności upominają się o należne im uznanie, rozsadzając racjonalistyczne ludzkie wymysły oraz oparte na nich sztucznie wykoncypowane uregulowania.
Fenomenu zwanego pejoratywnie nepotyzmem nie da się zwalczyć żadnymi środkami, skoro stanowi on integralną część naturalnego porządku rzeczy, ale też w takim razie nie ma żadnego powodu, by go zwalczać czy pejoratywnie przedstawiać. W istocie, działania zmierzające do jego wyrugowania z konieczności przyczyniają się do utrzymywania złej jakości elit politycznych i kadr urzędniczych (charakterystycznej dla reżimu demokratycznego). Zmuszając polityków czy urzędników do ukrywania faktu, że zatrudniają swoich krewnych w publicznych urzędach i instytucjach, spychając owo zjawisko w podejrzane okoliczności, przeszkadzają one w wykształceniu się rodowego honoru wynikającego ze służby publicznej rodu – w rozwoju i utrwaleniu dumy z przynależności do rodu, który służy wspólnocie oraz związanemu z nią poczucia obowiązku moralnego. Uniemożliwiają oczyszczenie tego zjawiska z wątpliwych etycznie aspektów poprzez ujęcie go w ramy utrwalonych, czcigodnych zwyczajów i rytuałów. Tym samym dezorganizują proces wyodrębniania się z bezkształtnego nowoczesnego społeczeństwa grupy rodów czerpiących chwałę z wiernej, ofiarnej i nieskazitelnej służby wspólnocie, przygotowujących do niej potomków od najmłodszych lat poprzez surowe wychowanie według wysokich wzorców moralnych, przekazywanych w obrębie rodu z pokolenia na pokolenie. Doprawdy, jest jeden pewny sposób zlikwidowania nepotyzmu: pogrzebać niechlubną społeczno-polityczną spuściznę „oświecenia” oraz Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej – przywrócić dziedziczność urzędów. Wtedy i tylko wtedy fenomen nepotyzmu zaniknie, sublimując się w wyższe dobro.
Adam Danek
--------------------------------------
TEKST POLEMICZNY:
Paweł Bała: "Krytyka nepotyzmu"
Kolega Adam Danek raczył był napisać felieton „Obrona nepotyzmu”. Słusznie twierdzi, że nie ma potrzeby tłumaczyć czym jest nepotyzm – „koń jaki jest każdy widzi”. W Polsce, bliższej niestety standardom włoskim, niż niemieckim (o skandynawskich nie wspomnę), zjawisko jest dość powszechne. Bardzo cenię publicystykę mojego kolegi, doceniam cywilną odwagę, którą wykazał nie raz broniąc tez kontrowersyjnych i skrajnych. W pochwale nepotyzmu przekroczył jednak umiar i stał się adwokatem nieprawości. Innymi słowy – napisał był coś bardzo niemądrego.
Zupełnie nie rozumiem toku myślenia autora, który przeciwstawia nepotyzm demokracji jako antytezę władzy ludu. Opowiastki o służbie publicznej rodów łapią za serce… Wyobraźmy sobie te tabuny „specjalistów” z PSL czy Samoobrony w rozmaitych KRUSach i Agencjach Rolnych - oni to wszystko w imię sprawnej, fachowej służby publicznej.
Błędna jest teza, iż nepotyzmu zwalczyć nie można, więc nie należy z nim walczyć. Równie dobrze mógłbym zapytać: po co walczyć z kradzieżą, skoro ludzie i tak będą naruszać cudzą własność? Wszak czynili to „od zawsze”! Zasada dziedziczności, na którą autor się powołuje, odnosić się powinna do majątku prywatnego, nie publicznego. Rozumiem odruchową sympatię do całej spuścizny Ancien régime, lecz takie postrzeganie świata to konserwatyzm w mocno zwulgaryzowanej postaci. Załóżmy, że rozmieszczenie jednostek inteligentnych, wybitnych w całej Europie jest mniej więcej równe. Co to znaczy? Że mniej więcej z równą łatwością znajdziemy człowieka o IQ 150 nad Wełtawą, co nad Wisłą czy Tamizą. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego tak niewiele wynalazków, patentów, licencji powstało (zarejestrowano) w Polsce, Węgrzech, Bałkanach, Ukrainie, Rosji w porównaniu do Niemiec czy Anglii? Liczby? Uznajmy, że Nagroda Nobla jest (przynajmniej była) obiektywną recenzją dorobku naukowego. Liczby są bezwzględne: samych niemieckich noblistów z Śląska (jednej prowincji!) było przeszło dwukrotnie więcej niż polskich razem wziętych…
Odrzućmy z miejsca hipotezy Maxa Webera: możemy równie dobrze wskazać zamiast Anglii katolicką Francję czy Italię. Wyznanie nie stanowi wskazówki. Może kwestie rasowe? Chyba trudno i tej tezy bronić, przynajmniej na gruncie europejskim, zważywszy na fakt, że Prusy oparły się o polski materiał etniczny… Czy Polacy to nieudacznicy, ludzie z zasady tępi bądź leniwi? Badania przeciętnego ilorazu inteligencji wśród nacji europejskich wskazują na coś wręcz przeciwnego. Odpowiedź jest banalna: to wina systemu. To dlatego Rosja przez wieki była tak „skostniała” umysłowo, bez klasy średniej, z niekiedy wybitną, ale bardzo wąską elitą. Rzeczpospolita upadła, gdyż system społeczny to wymusił: konkurencyjność była bardzo ograniczona, tu urodzenie wyznaczało rolę w procesach gospodarowania. Szlachta nie spotkała się z konkurencją ze strony mieszczaństwa, mogła więc popaść w błogą apatię, zrezygnować zupełnie z edukacji. Bo i komu ona potrzebna, jak urząd i tak przynależał z mocy urodzenia? Anglia panowała na morzach i lądach bo oparła swój system społeczny na konkurencyjności. Oczywiście: nepotyzm i dziedziczenie urzędów miejsce i tam miały, ale był to margines. Kariery i awanse były możliwe dla wszystkich, niezależnie od urodzenia. Na tym i Stany Zjednoczone oparły swój sukces. Niemcy, przez wieki trwające w postfeudalnym marazmie, potrafiły powstać z kolan i zachwycić świat. Koniec XIX w. to powszechne przekonanie na świecie, że wiek XX będzie wiekiem sukcesu niemieckiego. Osiągnęły to poprzez orientację na rynek, konkurencję, a także, przyznam, zapewne i idei racjonalnej biurokracji państwowej.
Niestety: cnót się nie dziedziczy; fakt że ja jestem utalentowany nie oznacza automatycznie, że takim będzie i mój syn. Pierwszy "angielski król" Edward I, władca oceniany przez swój lud jako wybitny, za życia był załamany nieudolnością swojego syna, Katarzyna II zapewne czuła to samo patrząc na swojego syna Pawła, a August II Mocny na swojego... Oczywiście tutaj mamy do czynienia z bardzo specyficznym mechanizmem dziedziczenia własności. Jego walory opisał H. H. Hoppe, którego opracowanie, jak wierzę, znane jest kol. Dankowi.
Administracja publiczna, nauka, wymiar sprawiedliwości, publiczny sektor gospodarki w Rzeczypospolitej Polskiej nadal w dużej mierze korzeniami tkwi w Polsce Ludowej, która awansowała do najwyższych godności ludzi prymitywnych, z „klas upośledzonych”, często zwykły lumpenproletariat. Tutaj trudno doprawdy nawet dowodzić tezy, że talenty można dziedziczyć… Bezkrytyczne uznanie dziedzicznej zmienności środowiskowej za główny czynnik przystosowawczy również nie wschodzi w grę, chyba że jesteśmy ultrasami teorii Trofima Łysenki. Dobór naturalny – ot źródło sukcesu poszczególnych jednostek i całych populacji. Wstrzymywanie doboru jest dopiero nienaturalne! Jest to niczym opieka socjalna: dotowaniem słabych przez silnych. Nepotyzm ogranicza dobór naturalny, a więc zwycięstwo genów lepszych nad genami gorszymi.
Zgodzę się z jedną tezą zawartą w tekście z którym polemizuję: nepotyzm, zwykłe „kolesiostwo”, wynikają z społecznej natury człowieka, są więc właściwie naturalne. Źródło tych działań zapewne leży „w naturze”, nie „w kulturze”, co nie znaczy automatycznie o konieczności akceptacji tych zachowań. Wystarczy wspomnieć, że wszelkie systemy normatywne – na czele z religią – wychowują człowieka „w kulturze”, powstrzymując go przed naturalnymi namiętnościami, vulgo: skłonnością do grzechu. Myślę, że kol. Danek zgodzi się, że wizja człowieka w konserwatyzmie integralnym jest dość mroczna – w człowieku więcej ciemności, niż światła.
Paweł Bała



Komentarze
Pokaż komentarze (6)