Nie jest żadnym zaskoczeniem, że trwająca od kilku wieków w Europie
cywilizacyjna walka z Kościołem trwa i przybiera co raz bardziej
wyrafinowane metody. Kto by jednak przypuszczał jeszcze kilka lat
temu, że dziedzictwem po czasach PRL-u będzie rozbijanie Kościoła
postulatem lustracji.
Patrząc na sprawę nie z perspektywy bełkotu gazet czy niejasnych
intencji funkcjonariuszy IPN, ale brutalnych politycznych realiów, w
Polsce po 1944 roku aż po lata 90-te nie było żadnej opozycji. Jedyną
siłą, która stanowiła przeszkodę dla rozwoju rewolucji był Kościół.
Bez względu na to, czy marginalne grupy w stoczni czy innym zakładzie
pracy, czy też jakieś spiski lewicującej inteligencji na warszawskim
Żoliborzu były: sterowane przez agenturę, służyły tylko rozgrywkom
wewnątrz PZPR, czy też były czymś autentycznym - to z całą pewnością
nie one zadecydowały o tym, że duch Polski nie został złamany.
Już w latach 90-tych walka z Wiarą przybrała to samo oblicze, co w
reszcie Europy. Postawiono na laicyzację za pomocą szerzenia
konsumpcjonizmu motywowanego materializmem i liberalizmem. Rezultaty
były nawet zachęcające, bo podobnie jak gdzie indziej w świecie
gangrenę udawało się zaszczepić także wewnątrz Kościoła, czego wyrazem
było zabieranie głosu w wiadomy sposób, przez wiadomych hierarchów w
wiadomym periodyku. Ale nie udało się. Po ponad dekadzie było jasne,
że Kościół w Polsce nie chce przypominać np. francuskiego.
Zapewne niejeden światły otrzymał z tego powodu burę od kolegów z
Zachodu i kombinowanie co z tym zrobić, spędzało chyba wielu sen z
powiek. Trzeba docenić grację rozwiązania polegającego na tym, że
skoro wierni w naszym kraju nie dali się ogłupić standardowymi
metodami, poszukano rozwiązania, które z siły uczynią słabość. Tym
bowiem jest ustawienie sprawy w ten sposób, że korzystając z
negatywnego nastawienia dużej części Polaków do PRL /tej właśnie
części, która w tamtym okresie dzięki duchowemu schronieniu się w
Kościele nie została złamana/, dziś ustawia ją się przeciw hierarchii
pokazując biskupów właśnie jako uwikłanych w agenturalność.
Jasnym jest czemu dokładnie ci, którzy wczoraj postulowali udzielnie
komunii św. na rękę i w ogóle zamienianie Mszy w cyrk, dziś nagle
pochylają się z taką troską nad oświadczeniem Konferencji Episkopatu
Polski z 11 marca w którym przekazano treść stanowiska Stolicy
Apostolskiej odnośnie tego, że badanie agenturalnych powiązań polskich
biskupów uznano za zakończone z wynikiem negatywnym.
Dla konserwatysty świadomego, że ten spór wpisuje się w kilkuwiekowy
spór jest klarowne, że istotą tego oświadczenia nie jest nawet to,
jaka była kondycja biskupów w PRL. Chociaż jak się wyżej rzekło, to
Kościół przez cztery dekady stawiał czoło rewolucji w jej moskiewskiej
wersji. Rzecz jest głębiej. Chodzi mianowicie o to, że w relacjach
władzy duchowej i państwowej żaden katolik nie powinien opowiadać się
za tym, że władza świecka ma prawo kontrolować, czy wręcz udzielać
certyfikatu moralności władzy kościelnej. Dokładnie o to samo tak
naprawdę walczył kard. Stefan Wyszyński, a i dzisiaj nie idzie
przecież o to, z jaką intencją jeden czy drugi duchownych gadał z
namolnym esbekiem.
Obecnie znajdujemy się jednak przed znacznie poważniejszą próbą, niż
nasi ojcowie czy dziadowie. Gdy bowiem za kard. Stefanem Wyszyńskim
zatrzaskiwała się brama więzienia, większość Polaków miała jasność
sprawy. Ilu można było przekonać, że Prymas szkodził Polsce, handlował
walutą, itp.? Natomiast teraz sytuacja jest znacznie gorsza. Całe
zastępy łykają jak przysłowiowe dorsze opowieści, z których w gruncie
rzeczy miałoby wynikać, że hierarchia była narzędziem w rekach służb.
Oczywistą oczywistością jest, czemu to ma służyć. Skoro poprzednie
sposoby nie przyniosły rezultatu, w ten sposób chce się zburzyć
związek narodu z Kościołem.
Polscy biskupi z jednej strony, a wierni z drugiej, muszą się zmierzyć
z tym problemem. W tym kolejnym epizodzie ścierania się władzy
kościelnej i świeckiej, konieczny jest jakiś nowy model - na miarę
nowego zagrożenia. Trzeba coś z tym zrobić. W innym wypadku tylko
czekać, jak np. w dyskusji nad sprawą in vitro na argumentację opartą
o nauczanie Kościoła odpowiedzią będzie, że biskupi nie mają prawa
uczestniczyć w dyskursie publicznym, skoro nie rozliczyli się ze swoją
przeszłością.
Ludwik Skurzak
konserwatyzm.pl
43
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)