Decyzja Donalda Tuska o wystawieniu Mariana Krzaklewskiego w wyborach do PE z Podkarpacia na chwilę wywołała temat sytuacji politycznej w tym regionie na łamy ogólnopolskie. Pierwsze sondaże, które Marianowi Krzaklewskiemu przyniosły zapowiedz zwycięstwa, niektórych bardzo zdziwiły. Znając jednak trochę szczegółów na temat tego, co politycznie w regionie się dzieje – nie ma w tym nic zaskakującego.
Historia podkarpackiej prawicy po roku 1989 toczy się według jednego schematu. Duże poparcie katolicko-konserwatywnego elektoratu i całkowity brak owocu w postaci wyłonienia się adekwatnej reprezentacji politycznej. Nie pojawił się żaden wyraźny lider.
Epoka AWS po 1997 roku przyniosła pierwszą zmianę reprezentacji personalnej, ale również brak jakiejś postaci o wymiarze większym, niż powiat. Chwila wahania w roku 2001 rok później przy wyborach samorządowych zaowocowała już jednoznacznym poparciem LPR. Lider tego ugrupowania Zygmunt Wrzodak w mistrzowski sposób zdołał to zmarnować i w 2005 roku Podkarpacie głosuje już na PiS, co powtarza się w roku 2007.
Tu docieramy do kresu opowieści. Sondażowa zapowiedz zwycięstwa Mariana Krzaklewskiego jest dowodem na to, że epoka PiS dobiega końca, a elektorat w braku nowej alternatywy prawicowej, jest gotów głosować na odgrzewanego lidera AWS z listy PO. Tym razem to sukces tuzów PiS: Marka Kuchcińskiego i Stanisława Ożoga.
Za tym procesem stoi przede wszystkim brak liderów z prawdziwego zdarzenia. To, że ktoś zbiera dużo głosów w swojej wsi czy nawet powiecie, nie jest dowodem na to, że posiada wizję i charyzmę zdolną porywać tłumy. Tym czasem to takie właśnie postaci, wędrujące przez lata przez zmieniające się ugrupowania, „robią” tu politykę. Te figurki jako karni żołnierze głosujący bez pytania i zachwyceni tym, że mówi się do nich „panie pośle” byli bardzo wygodni najpierw dla Mariana Krzaklewskiego, czy teraz do Jarosława Kaczyńskiego. A mieli oni takich z Podkarpacia zawsze kilkunastu, co było ważne i wygodne przy arytmetyce sejmowej. Ale jest to piłowanie gałęzi na której się siedzi. Jeżeli Podkarpacie jest bastionem polskiej prawicy /przynajmniej jeżeli chodzi o elektorat/, to nie można podejrzewać, że ludzie będą znosili taki stan rzeczy w nieskończoność. Paliwo wyborcze zostało przez dwie ostatnie dekady po prostu rabunkowo zużyte bez troski o to, co będzie potem.
Zapowiedzią procesu który właśnie dokonuje się w skali regionu jest to, co stało się w samym mieście Rzeszowie. Wyborca zmęczony nieudacznością kolejnych liderków prawicy w 2002 roku wskazał na Tadeusza Ferenca z SLD, który dzierży władzę do dziś. Co charakterystyczne, opozycja z PO, PiS i wcześniej LPR w żaden sposób nie zdołała go nawet zaatakować. Z powodu bardzo prostego. Miernoty sprawujące przywództwo regionalne szczegółowo zawsze dbały o to, by na niższych piętrach nie mógł się pojawić ktokolwiek, kto mógłby im zagrozić. Jak nie mógł zagrozić im, to tym bardziej Tadeuszowi Ferencowi.
Ten sam proces rozgrywa się dziś w skali całego Podkarpacia. Coraz bardziej realnie jawi się możliwość, że w wyborach do PE mandaty podzielą między siebie PO i PSL. Jeżeli tak się stanie, będzie to w sposób dość oczywisty wieścić koniec prawicy w skali kraju. Przynajmniej prawicy katolicko-konserwatywnej, a więc takiej, jaka nie mieści się w unijnych standardach systemu partyjnego dzielącego scenę między trudno rozróżnialne partie chadeckie i socjaldemokratyczne.
Aby to sprawdzić, wystarczy zrobić rzecz bardzo prostą. Od wyniku ogólnopolskiego odjąć prawicy wynik Podkarpacia. Kolejni liderzy polskiej prawicy: AWS-owskiej, LPR-owskiej i PiS-owskiej całkowicie o ten swój fundament wyborczy nie dbali. Bo i taka z nich była prawica.
Ludwik Skurzak
210
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (12)