Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
66
BLOG

Ludwik Skurzak: "Szczelina prawdy"

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 0

Ludzie poczciwi i dobroduszni, acz niezbyt domyślni /żeby nie powiedzieć mocniej/ wierzą, że granica między dobrem i złem przebiega między zwolennikami a przeciwnikami tzw. lustracji. Jak kto woli – między piewcami a krytykami IPN-u. Kilka dni temu mieliśmy empiryczną okazję sprawdzić, że w całej tej zabawie w ogóle nie chodzi o żadnych agentów, a instytucja pana Kurtyki jest tylko artefaktem.

Jak zwykle okazało się, że zjawisko przebiega zgodnie z modelowymi opisami zawartymi w największym dziele opisującym zasady demokracji liberalnej – tzn. w „Siódmym wtajemniczeniu” Edmunda Niziurskiego. Wielka Kołomyja Elementarna polega tym razem na tym, że PiS-owska pseudo prawica goni Lecha Wałęsę za to, co miał robić w latach 70-tych /jakby dużo bardziej szkodliwe nie było to, co robił w 90-tych/, zaś druga strona ściga jakiegoś Zyzaka i Jana Żaryna.

Tradycyjnie gawiedź wpatrująca się w ekrany telewizorów jest przekonana, że postrzega jakieś zjawisko realne. Tylko przez ułamek sekundy można było dostrzec, że to komedia, a rzecz jest w czymś zupełnie innym. Tą szczeliną prawdy była sprawa Marcina Libickiego.

Aby dobrze wyjaśnić o co chodzi, trzeba zacząć od końca. Gdy już Marcin Libicki a za nim Filip Libicki i Jacek Tomczak opuścili PiS okazało się, że wielkopolskiego europosła dograno na Nowogrodzkiej, podczas spotkania Jarosława Kaczyńskiego z pracownikami IPN. Ujawnienie tej informacji powinno stać się megasensacją. Skoro od dłuższego czasu IPN był na celowniku i wydanie książki Pawła Zyzaka miało być pretekstem dla zmiany ustawy, to co powinno się stać, gdy pana Jarka złapano de facto za rękę na politycznym wykorzystywaniu tej instytucji? Przecież było to empiryczne potwierdzenie głoszonej tezy, że IPN to polityczni funkcjonariusze PiS-u.

Tymczasem nic się nie wydarzyło... Okazało się, że ta sprawa jest w sumie nieatrakcyjna, a dyskutuje się dalej o Janie Żarynie. Gdy chłopak co robi w IPN ksero napisze o Lechu Wałęsie, to trzeba rozwiązać instytucję, jest całodzienny festiwal nienawiści w TVN 24, a widzowie Szkła kontaktowego mdleją przed ekranami. Złapanie szefa PiS in flagranti przechodzi prawie bez echa.

O co tu może chodzić? Po tym, jak PiS z PO zdają się robić wszystko i uciekać do każdej broni, by zaatakować drugą stronę, taka piękna piłka zostaje po prostu przepuszczona? Jest to niezwykle ekscytujące pytanie.

Jest taka hipoteza, że polskie spory lustracyjne nie są wbrew pozorom objawem uprawiania polityki historycznej, ale wręcz przeciwnie, żonglowaniem historią w celu rozgrywania spraw bieżących. W PiS-ie ogłoszą agentem każdego, kto z jakiegoś powodu jest niewygodny. PO da się poćwiartować w obronie honoru Lecha Wałęsy – no właśnie, dlaczego?

Trudno nie pokusić się o postawienie może nieco spiskowej, ale jednak jakoś nadającej sens temu wszystkiemu hipotezy. Przypomnijmy bardzo dwuznaczną rolę liderów PiS w sprawie abpa Stanisława Wielgusa. Tak jak Marcin Libicki, jest to osoba mocno związana z nurtem katolicko-konserwatywnym. Jeżeli przyjrzeć się temu uważniej, Jarosław Kaczyński zrobił bardzo dużo, by doprowadzić do jego zniszczenia, a przynajmniej wyeliminowania z realnej obecności w bieżącej polityce.

Z drugiej strony, co należy uznać za największy grzech Lecha Wałęsy, o którego honor tak heroicznie walczy obecnie PO? Czyż nie było nim właśnie to, że jakoś tak wyszło, iż będąc uosobieniem nadziei które Polacy pokładali w Solidarności, gdy został prezydentem walnie przyczynił się do powrotu postkomunistów do władzy, zaś żadna sensowna prawica nie mogła się ukonstytuować? W takim wypadku stawałoby się jasne, czemu IPN goniący L. Wałęsę jest be, zaś gdy chodzi o Marcina Libickiego, bynajmniej nie.

Patrząc na to wszystko w ten sposób okazuje się, że Wielka Kołomyja Elementarna służy w gruncie rzeczy temu, co jeszcze w latach 80-tych wprost mówił Adam Michnik. Dogadać się można z PZPR, czy kimkolwiek innym. Chodzi tylko o to, by w Polska nie pokazała swego katolickiego, konserwatywnego i narodowego oblicza.

Wydaje się, że z tej perspektywy wszystkie klocki nagle na siebie nachodzą. Wiadomo przecież, że realną opozycją w PRL nie był żaden Lech Wałęsa garujący w stoczni. Światopoglądowa linia sporu przebiegała między Kościołem a lewicą – tym razem marksistowską, czy marksizującą. Tak czy inaczej, była to tylko część wojny, jaka toczy się od paru stuleci w Europie - między Rewolucją a Kościołem.

Po tym kogo żoliborska inteligencja ogłasza agentem można się zorientować, po której stronie barykady stoi. Reanimowany autorytet Lecha Wałęsy może się jeszcze raz przydać do tego samego, co poprzednio. W ten sposób niby zwalczające się na śmierć i życie PiS i PO realizują jednak jeden cel wspólny. Zabezpieczają, by w Polsce nie powstało ugrupowanie /a najlepiej nie przetrwały żadne poważniejsze siły/, które wyłamywało by się standardom politycznym akceptowanym w europejskich stolicach na czele z Brukselą.

Ludwik Skurzak
 

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka