Żeby było jasne. Jako prowincjonalny i marginalny tfurca nie zamierzam porównywać się z genialnym gigantem artystycznym, jakim jest Teatr Ósmego Dnia, mający od dawna swoje trwałe miejsce w dziejach kultury polskiej – miejsce, którego Mu nikt nie odbierze, ani Mu go nie zaprzeczy.
Co nie znaczy jednak, żeby Teatr ten miał monopol na orzekanie, co jest słuszne i moralne, i właściwe, a co nie jest.
Ale idzie jeszcze o co innego. Jak zwykle, o sposób rozumienia wolności słowa przez „GazWybor”. I o wolność słowa w ogóle.
1. Ewa Wójciak, szefowa Teatru Ósmego Dnia, który jest obecnie Instytucją Kultury Miasta Poznania, weszła w skład komitetu wyborczego Bronisława Komorowskiego. I dobrze, i nikt chyba przeciwko temu nic nie miał. Mały dramat zaczął się jednak ostatnio, gdy artyści Teatru zamieścili na blogu Janusza Palikota list, w którym czytamy, cytuję:
Drogi Januszu!
Chcielibyśmy przekazać Ci wyrazy poparcia i przyjaźni w związku z kolejnym atakiem ze strony części mediów, a także Twoich partyjnych kolegów. Z melancholią obserwujemy, jak nasi politycy, w większości mało błyskotliwi, słabo wykształceni i fundamentalnie pozbawieni poczucia ironii czy groteski, wypowiadają się na temat „poziomu debaty publicznej”, dobrego wychowania i manier… a przede wszystkim na temat Formy. Tobie, wielbicielowi Gombrowicza, to może i nie jest takie straszne… Nas jednak złości...
I tak dalej, i tak dalej. I sprawa obrosła już w dalszy ciąg. Dzisiejszy poznański „GazWybor” zamieścił obszerne doniesienie zatytułowane: „Dyrektorka teatru na dywaniku za poparcie Palikota”. Otóż wiceprezydent Poznania, Sławomir Hinc, zresztą człowiek PO, wezwał dyrektorkę Teatru, czyli panią Ewę Wójciak, i wyraził dezaprobatę dla opublikowania tegoż listu:
Relacjonuje Ewa Wójciak: - Zostałam nagle wezwana do urzędu przez wiceprezydenta Hinca. To była pierwsza rozmowa z nim, odkąd pełni swoją funkcję. Wiceprezydent zaczął od kolokwialnego pytania: ‘Co wam strzeliło do głowy z tym Palikotem?’. Starałam się wytłumaczyć, że czasem rolą takich ludzi jak my jest wsparcie takich ludzi jak Palikot. Mówiłam, że w publicznym odbiorze nie jesteśmy instytucją kultury Poznania i jego częścią, ale grupą artystów, która ma własną markę. Rozmowa nie była przyjemna, moje argumenty nie trafiły do prezydenta. [...] był uprzejmy spytać, czy bez publicznych dotacji nadal bylibyśmy Teatrem Ósmego Dnia - wspomina Wójciak. ‘Ósemki’ otrzymują od miasta ok. 1 mln zł na bieżącą działalność oraz dotacje na osobne projekty artystyczne. W tym roku to 500 tys. zł. Na sugestię Hinca Wójciak odpowiedziała na stronie internetowej teatru. Przywołała rozmowę z 1983 roku z PRL-owskim ministrem kultury, który nie chciał, by teatr ‘jako państwowa instytucja kultury prowadził korespondencję z przebywającym wówczas w więzieniu Adamem Michnikiem, a także, aby prezentował swoje przedstawienia w Kościele Miłosierdzia Bożego na ul. Żytniej w Warszawie. Wobec odrzucenia tych warunków zostaliśmy pozbawieni państwowej dotacji i możliwości oficjalnego istnienia. [...] Wiceprezydent Hinc próbował ograniczyć naszą swobodę działania - uważa Wójciak. - To archaiczny styl urzędnika. Zachował się jak ludzie, którzy w minionych czasach mieli monopol na władzę’.
Z powodu tej rozmowy -
...na stronie Teatru pojawiło się oświadczenie Ewy Wójciak. Pisze, że poparcia Palikotowi udzielił ‘zespół artystów funkcjonujący w przestrzeni publicznej od ponad trzydziestu lat pod nazwą Teatr Ósmego Dnia, a nie Teatr Ósmego Dnia - instytucja kultury miasta Poznania’...
Wpisy internautów na stronie „GazWyboru” pod zamieszczonym dziś powyższym niusem są pełne oburzenia na Hinca.
2.Niżej podpisany Kowalski dwa miesiące temu popełnił wespół z zespołem Klub Świętego Ludwika skromny cykl piosenek o Wielkiej Wojnie z Zakonem, zatytułowany „Grunwald 1410 po Kowalsku”. Fragment tego cyklu dane mu było wykonać 25 czerwca nad Wisłą pod Wawelem, podczas świętojańskiego festynu.
W programie znalazła się piosenka (jedna), która operowała realiami współczesnej polityki. Dowódcy sił polskich i krzyżackich w bitwie pod Koronowem zostali wyposażeni przez autora w genealogie specjalne. Zaznaczam, że inwektywami dotyczącymi ich pozycji na drzewie genealogicznym nie obrzucił bohaterów autor sam (tzn podmiot liryczny pełniący funkcję porte parole autora), lecz obaj bohaterowie sami obrzucili siebie nimi wzajemne za pomocą tzw. mowy niezależnej:
„Ktoś ty jest?” – „Jam jest Sędziwój, wojewoda
Wielkopolski”.
– „A jam jest Küchmeister Michel, Niemiec jadowity, wściekły,
Antypolski;
– Powiedz, Sędziwoju czyś ty jest pra pra pra szczurem
Jarka?”
– „Jestem! A tyś jest, Küchmeistrze, pra pra wujem
Donalda Bismarcka!”
Na te słowa miecze wyszarpnęli
I szatkować znowu się zaczęli.
[dla ścisłości, wyjaśnienie: tytuł "wojewody wielkopolskiego" został powyżej użyty anachronicznie - w dobie Grunwaldu istniał urząd wojewody poznańskiego, nei wielkopolskiego].
Generalnie nadwiślańska, podwawelska publiczność przyjęła nas miło. Ale pośród niej znalazł się radny PO, pan Bystrowski. Ten zapodał sprawę lokalnemu „GazWyborowi”, któren opisał ją w artykule pt. „Artysta dzieli Polaków?” (tak w wersji papierowej, a w internecie: „Patriota Sędziwój Jarek i antypolski, jadowity Donald”). Lid kończył się słowami: „są pierwsze protesty”. Bystrowski prawił bowiem tak:
„Poczułem się zdruzgotany. Artysta zapowiedział, że zaprezentuje utwór poświęcony bitwie pod Koronowem, który ma wiele wspólnego z obecną sytuacją polityczną w Polsce. Potem śpiewał o odważnym Sędziwoju i o Krzyżakach. Ze słów piosenki jasno wynikało, że wojewoda wielkopolski to protoplasta Kaczyńskiego, a wódz krzyżackiej tłuszczy to Donald Tusk. Poczułem się, jakby ktoś mi dał w twarz, jakbym był potomkiem zdrajców, a nie polskich patriotów. I to jeszcze podczas koncertu zorganizowanego za miejskie pieniądze, tuż przed wyborami. Artyści nie powinni dzielić Polaków - skarży się radny Bystrowski, który do tej pory był fanem Kowalskiego (jedną z jego piosenek zamienił nawet na dzwonek w komórce). Teraz radny napisał do prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego interpelację, w której sugeruje, by ostrożniej dobierać artystów występujących podczas imprez miejskich.”
Wpisy internautów pod tekstem były w tonacji różne, podzielone, niekiedy skrajnie, aczkolwiek w ankiecie pt. „Czy pieśń o bitwie pod Koronowem to agitacja wyborcza?” aż 60 % kliknęło odpowiedź: „oczywiście że tak! powinni tego zabronić”. Tak jest: zabronić!
3. Powtarzam i zastrzegam, że nie przymierzam tu jednej sytuacji do drugiej pod względem artystycznym. Tylko pod względem dziennikarskim i społecznym, zwłaszcza, że łączy je czas zaistnienia i medium, które o nich napisało.
Trzon relacji z wydarzeń, zamieszczonych na ten temat przezlokalne „GazWybory”, jest w miarę lub zupełnie obiektywny (sam miałem np. możność autoryzowania mojej wypowiedzi, za co dzięki). Natomiast zdecydowanie nieobiektywnego kolorytu dodają tu, jednak, tytuły i lidy, które z góry sugerują, co jest słuszne, a co nie. A zatem domyślnie niesłuszne jest „dzielenie Polaków”, przeciwko któremu to procederowi pojawiają się już „pierwsze protesty”. Nie zgadzam się z tym punktem widzenia, oczywiście. Z drugiej strony niesłuszne jest „wzywanie na dywanik”. Z tym już skłonny jestem się zgodzić: jeśli tak było, było to niesłuszne. Co nie znaczy jednak, że list Teatru był słuszny i sprawiedliwy. Nie. Wedle mnie był po prostu żenujący. Ale to sprawa Teatru. A Miasto powinno wiedzieć, co dotuje: widziały gały co brały. Trzeba było albo „ostrożniej dobierać artystów” dotowanych przez samorząd i ustanawianych Instytucją Kultury, albo z góry zgodzić się na to, że artyści mają prawo do swoich poglądów. Że zaś u artystów tego Teatru sztuka i polityka idą w parze, trudno; wszak Teatr był od początku swego istnienia postrzegany „politycznie”. Nie będzie inaczej i teraz, i nie może.
4. Skądinąd uważam, że artyści powinni za swoje poglądy i dzieła odpowiadać. Jeśli ktoś coś ważnego i nienaruszalnego naruszył, bo, na przykład, publicznie bluźnił przeciw Panu Jezusowi, albo wskoczył nago do katedry po to, by bulwersować wiernych, etc. etc., albo czyjeś dobra osobiste skalał poważnie, to powinien za to ponieść konsekwencje. Wedle starej fraszki Wespazjana Kochowskiego, w której czytamy, że „godzi się kraść malarzom – i wisieć się godzi”.
5.Mym zdaniem tylko iluzorycznie pojawia się tu ów problem publicznych pieniędzy, owo sakramentalne pytanie, czy artyści mają prawo do głoszenia swoich poglądów na społeczeństwo i politykę za pieniądze państwowe? Bardziej istotne będzie tu raczej pytanie: czy naprawde wszelkie poglądy w ogóle wolno głosić i dlaczego?
Bo jeśli nawet artyści nie mieliby prawa głosić swoich poglądów, będąc opłacanymi z kasy publicznej, to w praktyce i tak właśnie to czynią. Czynią powszechnie. Trudno więc, żeby ograniczali się w tym procederze ci z lewej lub akurat ci z prawej. Acz, dodajmy, obecnie głoszą swe poglądy szeroko głównie (choć nie wyłącznie) artyści o zapatrywaniach „lewicujących”. O czym przekonać się można na podstawie doniesień z protestów wobec kontrowersyjnych, artystycznych działań, które to protesty wychodzą przeważnie ze strony „prawej”, nie z „lewej”.
Mój znajomy zacny historyk sztuki, promotor i wielbiciel „sztuki zaangażowanej” zwanej teraz często „sztuką krytyczną” twierdzi, że takie protesty – wygłaszane w imię moralności publicznej, moralności katolickiej etc. – dowodzą tego właśnie, że sztuka „krytyczna” jest potrzebna, bo ujawnia zapyziałość i nietolerancyjność naszego społeczeństwa.
Mam dogłębnie inne zdanie na ten temat. Także na temat samej tzw. „sztuki krytycznej”. Bo zresztą, jeśli pójdziemy tym torem rozumowania, czego dowodziłyby protesty ze strony „lewej” wobec sztuki „antylewicowej”? Czy tego, że sztuka, przeciwko której one protestują, jest niesłuszna? Wszak na to by wychodziło. A to absurd.
6. Otóż problem polega na czym innym jeszcze. Na tym zresztą, o czym wiemy, i co jest truizmem: że w naszych czasach (i nie tylko w naszych, bo sprawa ma precedensy; ale zwłaszcza w naszych) zaciera się granica pomiędzy tym, co słuszne, dobre, właściwe – i niesłuszne, niedobre, niewłaściwe.
Nie! Inaczej. Ta granica nie zaciera "się". Jest raczej tak, że w naszych czasach część ludzi – w tym wielu artystów – p r a g n ie zatrzeć granicę pomiędzy słusznym a niesłusznym w imię „walki o wolność”, ale czyni to tylko po to, aby natychmiast ustanowić nowe granice. Ma więc miejsce dyskusja o granice, a nie o wolność nieograniczoną, abstrakcyjną. Tak: nie chodzi tu wcale o rozszerzenie wolności – ale o obustronne przesunięcie jej granic, poszerzenie z jednej, a skurczenie z drugiej.
Sprawa tych podziałów na rzeczy słuszne i przyzwoite oraz niesłuszne i nieprzyzwoite sięga głęboko. Generalnie obie strony konfliktu zaangażowane są w obozy, które mają zupełnie inne opcje światopoglądowe. Co się akurat niecałkowicie ujawniło w liście do Palikota i niecałkowicie w piosence, a także nie do końca ujawnia się w reakcjach polityków PO na nie (oni, jak widać, po części nie akceptują pomysłów prokurowanych przez „swoich” artystów; tu podziały partyjne nie zawsze [jeszcze?] się pokrywają). I w ogóle tu już wkraczamy w inny temat niż tylko sposób opisywania rzeczywistości przez "GazWybor" i reakcje czytelników "GazWyboru", po cześci sugerowane tytułami i lidami.
Wchodzimy tu w kwestie głębsze i fundamentalniejsze. Bo jeśli jedni chcą – posługując się m.in. sztuką – uznania swobody do bluźnierstwa publicznego oraz wolnej aborcji i swobodnej adopcji dzieci przez pary homoseksualistów oraz tego, żeby nazywanie aborcji morderstwem oraz określanie promocji homoseksualizmu szerzeniem zboczenia było karalne – to drudzy uważają, że obie te czynności oraz ewentualnie ich propagowanie być winne, tak samo jak bluźnierstwo publiczne, właśnie zabronione i karalne.
Chodzi więc o granice wolności słowa i granice wolności w ogóle, a nie o jakieś ogólne poszerzenie przestrzeni wolności.
Tak więc samą „wolnością słowa” nie mydlmy sobie oczu. To jest walka o (słuszne lub niesłuszne według jednych lub drugich) ograniczenie i przesunięcie granic wolności. A nie o wolność samą w sobie.
I prawdę mówiąc, bez określenia tych granic zarówno zarzuty skierowane w stronę celebrytów, to jest Teatru Ósmego Dnia i Palikota, jak w stronę skromnej osoby tu piszącego, trudno będzie zakwalifikować tak do końca.
Obecnie zresztą już te granice są dość papierowe. Już po trosze ich jakby nie ma. Ale dyskusja nad nimi trwa i trwać nadal bedzie. Jak długo i z jakim skutkiem? Z jakimś. Ostatecznie, jak sądzę, te granice komuś uda się oficjalnie ustanowić i okopać. Oby tym kimś nie był Teatr Ósmego Dnia.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)