Taka chwila musiała na tej lub innej wojnie ( "misji" ) nadejść. Rosomak już nie jest "jedynym" pojazdem aliantów w którym nikt nie zginął.
To raczej dla nikogo - poza kilkoma prezentero-dziennikarzami którzy będą musieli inaczej dobierać słowa - nie jest zaskoczeniem. Podkładając odpowiednio duży ładunek rozwalić można i Abramsa (M1).
To jest też pocieszenie dla wszelkich ruchów partyzanckich - nawet Goliata można pokonać mając determinację, trochę pieniędzy i jakieś poparcie z zewnątrz.
Jest to też przestroga dla nas ( i decydentów których wybraliśmy) - jadąc na wojnę nie udawajmy że nią nie jest. Określmy z sojuszikami zakres misji wydatki i straty które jesteśmy gotowi ponieść. Jeśli koszty przekroczą załozenia nie udawajmy że jest inaczej i wysłanie kolejnych smigłowców i transporterów coś zmieni.
PS. Nawet przez moment nie cieszę sie ze smierci naszego zołnierza.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)