Nie ustaja ochy i achy nad frekwencja we francuskich wyborach prezydenckich - 85%. Zwlaszcza w porownaniu z frekwencja w ostatnich wyborach na Podlasiu.
Ło Jezu! Ale te Francuzy sa demokratyczne a my nie!
Nie zgadzam sie z ta opinia. Wrecz przeciwnie uwazam, ze frekwencja we Francji swiadczy o glebokiej CHOROBIE toczacej to panstwo i spolecznstwo.
Mozliwosci sa dwie:
1. Francuzi wbrew faktom uwazaja, ze to kto bedzie prezydentem ma kluczowe znaczenie dla ich indywidualnego bytu. Sa wiec jak dzieci wierzace, ze to od woli Tatusia (Sorkozy) lub Mamusi (Royal), a nie od nich samych zalezy to jak potoczy sie ich los, ile beda zarabiac, jakie beda miec zabezpieczenie na starosc, jakie szkoly skoncza ich dzieci.
2. Francuzi MAJA RACJE - to wszystko RZECZYWISCIE zalezy od wyboru Tatusia lub Mamusi. Ale to jeszcze gorzej. Znaczy to bowiem, ze Francja jest w istocie panstwem TOTALITARNYM, w ktorym szczescie, powodzenie, zamoznosc obywatela zalezy od tego kto bedzie prezydentem. Horror.
To juz u nas jest NORMALNIEJ. Przynajmniej pod tym wzgledem.
Wiekszosc obywateli i tak nie wierzy, ze wybory maja jakiekolwiek znaczenie dla ich losu, a jesli biora w tym udzial to dlatego ze nie cierpia tych lub tamtych i nie chca ich ogladac podczas defilady pod Grobem Nieznanego Zolnierza podczas swiat panstwowych.
I bardzo dobrze.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)