Krytyka Katolicka
Tradycja-Postęp-Dobry smak
1 obserwujący
4 notki
828 odsłon
126 odsłon

Krótko o źle rozumianym antropocentryzmie w życiu Kościoła

Wykop Skomentuj4

Przede wszystkim: człowiek istotnie jest w centrum, ponieważ tak umiejscowił go Bóg w akcie stworzenia, przed grzechem pierworodnym. Potem - po grzechu - było z człowiekiem gorzej, aż do momentu, gdy Bóg postanowił dać mu szanse,  aby ten mógł wrócić ze swoją godnością na właściwe miejsce. Dzięki wcieleniu Chrystusa, Jego śmierci, Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu możemy niejako "podczepić" się pod Niego i pójść za Nim szlakiem, który On przeszedł jako pierwszy, aby zasiąść po prawicy Ojca i przygotować nam miejsce obok Niego. W trakcie Mszy św. wyraża się to podczas Liturgii Eucharystycznej, gdy kapłan, wlewając do kielicha wino, dodaje również odrobinę wody, wypowiadając słowa (które wierni rzadko kiedy mają okazję słyszeć, ponieważ zazwyczaj wypowiada się je po cichu): "Przez to misterium wody i wina, daj nam Boże udział w bóstwie Chrystusa, który przyjął nasze człowieczeństwo". Bóg był w stanie zrobić dla nas wszystko (i zrobił), abyśmy byli w przewidzianym nam centrum, ale nauczył nas też, że dokona się to m.in. dzięki temu, że człowiek samego siebie i sam z siebie w centrum stawiać nie będzie. Uczynić może to tylko Bóg w Chrystusie Jezusie. 

Tak - Bóg postawił człowieka obok siebie, chcąc z nami współdzielić to jedyne, prawdziwe "centrum". Tylko dlaczego my nie odpowiadamy tym samym, a tak często spychamy Boga na bok? Przecież to "centrum" bez Boga nie jest już tym samym, czym miało być w Jego zamyśle. Teologia zna pojęcie "przebóstwienia człowieka". Okazuje się, że często zamiast teologii przebóstwienia mamy do czynienia z rzeczywistością, w której Bóg jest w najlepszym razie na drugim miejscu.

Na kanwie licznych przejawów błędnego rozumienia tych kluczowych kwestii w teologii, liturgii i duszpasterstwie, mamy do czynienia z coraz jaskrawiej widocznym regresem troski o sferę sacrum,  która dzięki obecności Tego, który jest jej przyczyną, stanowi powód i jednocześnie cel życia duchowego. Często można odnieść wrażenie, że Bóg jest dla człowieka jedynie tłem dla mówienia o sobie samym.

Widać to doskonale w wypowiedziach ludzi, którzy formują się (o ile nie jest to słowo nadużyciem) w różnego rodzaju wspólnotach, w których zbyt duży nacisk kładzie się na sferę emocjonalną przeżywania wiary kosztem formacji intelektualnej, która przez wielu (!) jest rozumiana jako wręcz przeszkoda w lepszym przeżywaniu relacji z Bogiem. Gdyby przyjrzeć się wielu (nie wszystkim) popularnym dziś spotkaniom wspólnot o charakterze odnowowym (nie krytykując samego w sobie ruchu Odnowy w Duchu Świętym), można odnieść wrażenie, że ich religijna otoczka jest tak naprawdę tłem do ciągłego mówienia: "ja, my, nam, mnie, mną..." . Oczywiście trudno jest tych słów uniknąć na poziomie językowym, wszak nawet Psalmy roją się od tego typu sformułowań, ale tu chodzi o coś innego: mamy w Kościele do czynienia z pewnego rodzaju zwrotem człowieka w kierunku samego siebie. Skutkuje to w konsekwencji patrzeniem na Tajemnicę przez kalkę swoich niedoskonałości, krzywd i grzechów oraz związanych z nimi niedoskonałych emocji. Nie oznacza to oczywiście, że aby podjąć jakiekolwiek sensowne życie duchowe, należy za drzwiami kościoła zostawić wszystko, z czym de facto przychodzimy do Chrystusa jako zaproszeni przez niego "utrudzeni". Potrzeba jednak większego otwarcia się na Tajemnicę, która przychodzi do człowieka z zewnątrz, a nie z wewnątrz. To  wymaga trudu, cierpienia, "wyjścia z niewoli". I choćby z tego powodu warto szukać równowagi, pamiętając, że Bóg stał się dla nas bliski, ale nadal pozostaje Tajemnicą, Osobą nieskończenie nas przewyższającą i Kimś, wobec kogo powinniśmy pielęgnować (mądrą) bojaźń i raczej słuchać, niż mówić; więcej klęczeć, niż tańczyć.


Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo