Są takie filmy - celują w tym Amerykanie - które przez pierwszą godzinę mają wywołać w widzu narastającą złość połączoną z absolutną bezradnością. Bohaterowi/bohaterce dzieje się krzywda za krzywdą - z rąk obcych, przyjaciół, rodziny, wreszcie najczęściej także wymiaru sprawiedliwości. Samotna walka z przeciwnościami losu zwykle pod sam koniec okazuje się zwycięska. Filmy te są zwykle nudnawe, na co scenarzysta i reżyser mogą sobie bezkarnie pozwolić, trzymają bowiem widza w fotelu za pomocą szantażu: siedź i gap się, a na koniec zobaczysz, jak sprawiedliwość triumfuje.
Podobne wrażenia miałem oglądając reportaż w dzisiejszych 30 Minutach. Bohaterka - wywłaszczona i wyeksmitowana ze swojego w połowie domu - jest sama i nie wie, jak walczyć o swoje. Ponieważ nie był to amerykański psychothriller, happu endu nie ma - akcja trwa. Złość i bezradność. Nie tylko bohaterki - widza, moja.
Trudno tylko zrobić z tego publicystykę. Bo o jakim szerszym zjawisku tu mowa, jakie zaproponować sposoby zapobiegania podobnym sytuacjom?


Komentarze
Pokaż komentarze (5)