Jaś Osiecki ma rację: de facto to dopiero dzisiejsze wystąpienie Romana Giertycha pogrzebało koalicję. Szef LPR, pewnie wraz z Andrzejem Lepperem, uznał, że trzeba iść ku szybkim wyborom, ale nie za szybkim: najpierw komisja śledcza miałaby pokazać na przykładzie afery gruntowej, że PiS zszedł na drogę SLD, aby zdezorientowany elektorat braci Kaczyńskich w sporej części przerzucił się na Ligę.
Nie wolno się łudzić, że nowa śledźkomisja mogłaby cokolwiek ustalić w miesiąc. Już jej powołanie to dwie uchwały, dwa posiedzenia: zacząć pracę mogłaby za miesiąc, przed końcem listopada nie miałaby szans sporządzić papierka, wybory mogłyby więc odbyć się wiosną. Utrzymywanie obecnego Sejmu tylko w tym celu ewidentnie nie ma sensu i to zapewne rozumie nawet LiS. Zresztą, kto miałby tymczasem rządzić?
Prócz argumentu zdroworozsądkowego jest polityczny: taka komisja nie opłaca się nie tylko PiSowi - także Platformie. PO zapewne liczy na większość absolutną, wolałaby widzieć PiS osłabione, ale nie rozbite, nie słabsze od LiSa, by to z PiSem ewentualnie rozmawiać o koalicji - tym razem z pozycji siły. Za to u progu kolejnej kadencji taka śledźkomisja, działająca bez zbędnego pośpiechu, Platformie bardzo by się przydała, bo mogłaby pewnie ujawnić niejedną ciekawostkę nie tylko o PiSie, ale i o przystawkach.
LiS przechytrzył i wkrótce zda sobie z tego sprawę. Nie wykluczam więc, że z końcem sierpnia przestraszeni liderzy LiSa i PiSu zaczną jednak kombinować, jak zawrzeć jakieś zawieszenie broni i uniknąć wyborów na warunkach Platformy. Bo październik oznacza takie właśnie wybory, zresztą na własną prośbę całej byłej koalicji.


Komentarze
Pokaż komentarze (28)