Pan premier na swej konferencji po Radzie Politycznej PiSu przemówił językiem, który wymaga znacznej koncentracji odbiorcy. Z tym zaś mam ostatnio kłopoty. Nie czuję idei plebiscytu: czy głos na PiS ma oznaczać wybór tego, co działo się prezez ostatnie dwa lata, czy też tego, co istnieje w sferze marzeń Jarosława Kaczyńskiego?
Ale przede wszystkim nie rozumiem antyarytmetycznej tezy, iż wybory jesienią zależą tylko od woli PiSu i PO (a skoro PiS ją ma - zatem od woli PO). Nic się jeszcze nie wydarzyło, ale Kaczyński swoim zwyczajem już węszy spisek i publicznie podejrzewa, że Platformersi wyborów się boją. To skądinąd prawda, ale czyż mają inny wybór niż tylko strach ten pokonać i do wyborów stanąć? Nie mają. I tak zrobią.
Może to jednak element cichego, na poły milczącego uzgodnienia, dokonanego przy winku w pałacu prezydenckim: Donald Tusk i Lech Kaczyński mogli skonkludować, że współpraca PO i PiS na rzecz wyborów nie może być zbyt otwarta, więc trzeba ją pokryć werbalnymi sporami, by nie konfundować wyborców obu partii.
Sądzę wszakżę, że wyborcy daliby sobie radę. Zważywszy zaś skłonność liderów obu partii do obrażania się na siebie już widzę ewentualną kampanię wrześniową w formie powtórki z 2005, choć sytuacja jakże inna. Ewentualną - bo znów mi się troszeczkę wahnęło. Szansę na wybory w październiku oceniam na 50:50.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)