Nie spodziewałem się tak szybkiego finału drugiej fazy sporu o oceny z religii. Gdy to Roman Giertych proponował wliczanie tejże do średniej, nie chciało mi się nawet pisać o sprawie: spór był z obu stron całkowicie zideologizowany. Gdy jednak nastał Ryszard Legutko, sądziłem, że powstały warunki do bardziej racjonalnej dyskusji.
Nic z tych rzeczy: wahania Legutki zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, rząd podjął decyzję w sobotę (?!), a w dyskusji nadal nie padał argument podstawowy i wolny od obciążeń ideologicznych. Wynikający zaś wprost z zasad arytmetyki.
Wliczana do średniej ocena z religii, jak z każdego przedmotu nadobowiązkowego, po prostu niweczy sens średniej. Uniemożliwia jej porównywanie nawet w ramach jednej szkoły. Dyskryminuje i tych uczniów, którzy na religię chodzą, i tych, którzy nie chodzą, lecz czas ten spędzają w świetlicy, na boisku, z tyłu klasy podczas religii (znam takie przypadki), lub - rzadkość - na zajęciach alternatywnych.
Średnia jest podstawą niektórych decyzji, choćby przyznania uczniowi stypendium. Po decyzji rządu Trybunał Konstytucyjny będzie miał coś do roboty. A gdy już unieważni tę decyzję, otworzy zapewne pole do debaty o sensie obecności religii w szkole, choć tego rząd zapewne nie chciał i nie przewidywał. Ale to będzie już po wyborach.


Komentarze
Pokaż komentarze (45)