Siedemnaście procent głosów w wyborach to sto mandatów w Semie, powiada dziś szef SLD Wojciech Olejniczak, a w ślad za nim media. Ja na to: jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Belgii. Była taka komedia o amerykańskich wycieczkach zwiedzających Europę. Równie głupawa jak ta teoria o głosach i mandatach.
Najkrócej mówiąc, w polskim systemie wyborczym (sejmowa ordynacja teoretycznie proporcjonalna, ale z 5% progiem i metodą d'Hondta) mandatowy efekt danej partii zależy trochę od jej wyniku procentowego, ale znacznie mocniej od wyników rywali: od tego, ilu ją wyprzedziło, jak daleko uciekli, jaki jest rozkład głosów z tyłu, a zwłaszcza od tego, ile partii nie osiągnęło progu i ile się zatem głosów zmarnowało.
Gdyby ograniczyć się do wyników uchodzących za realne, to SLD, jeśli zdobędzie 17% głosów, może zależnie od układu całości liczyć na 60 do 120 mandatów. Ale przecież żyjemy w Polsce, czemu więc mam się ograniczać do tego, co uchodzi za realne? Mam zagadkę: czy można rządzić w Polsce samodzielnie zdobywając 6% głosów?
Ach, byłbym zapomniał: ostatnio zapominam o rozwiązywaniu zagadek. Zatem, dopóki jeszcze pamiętam, od razu ją rozwiązuję. Wyobraźmy sobie nagły wysyp nowych partii opartych na niezłym pomyśle. Odbierają partiom tradycyjnym część elektoratu i efekt wyborczy: PO - 6%, PiS - 5.5%, za nimi wataha partii poniżej progu. PO miałaby może ze 250 mandatów, PiS 210. Kto chce, niech sobie zamieni. Arytmetycznie możliwe :)
Post ten opatruję między innymi słowami kluczowymi (tagami) NDS ZDR. Znaczyć to ma mniej więcej: post jak post, można nie czytać. Wyjaśnienie wkrótce :)


Komentarze
Pokaż komentarze (25)