Pisząc wczoraj, że Janusz Kaczmarek jako sztandar antykaczystowskiej opozycji jest skończony - nie sądziłem, że moje słowa potwierdzą się aż tak szybko i praktycznie w całości. Wygląda na to, że wniosek o konstruktywne votum nieufności z Kaczmarkiem jako kandydatem na premiera jest nieaktualny i politycznie, i nawet formalnie.
PO i SLD od początku afery próbowały (z miernym wprawdzie skutkiem) zachować do Kaczmarka dystans. Platforma natychmiast po złożeniu Kaczmarkowniosku przez LiS zapowiedziała, że go nie poprze. SLD się wahał dobę i ogłosił to samo. Deklarując, że do rewelacji Kaczmarka mają ograniczone zaufanie, obie partie wszakże dość szeroko z tych rewelacji czerpały - ale, powiedzmy, bez przeginania - z dokładnością do takich wyjątków, jak wypowiedzi mego nowego ulubieńca, Pawła Grasia.
Po piątkowym spektaklu prokuratury PO i SLD rządu chwalić nie zaczęły, wdrożyły jednak zaostrzone formy ostrożności wobec Kaczmarka. SO i LPR zdawały się mówić, że nic się nie stało. Zdawały się. Oto dziś rano Andrzej Lepper ogłosił, że obawia się, iż Kaczmarek skłamał: jeśli nie wyjaśni tego w trybie pilnym, to zastanawiamy się jako Samoobrona nad wycofaniem naszego poparcia. A Kaczmarek zdążył już oświadczyć, że wyjaśnić jakoby nie może, bo tajemnica śledztwa go wiąże.
Pozostaje LPR. Werbalnie jeszcze Kaczmarka nie porzuciła. Dziś rano zapowiedziała, że o 14.00 wystąpią w Sejmie wspólnie panowie Kaczmarek i Roman Giertych. O 11.25 konferencja została odwołana. To może znaczyć więcej niż słowa.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)