Uśmiałem się serdecznie słysząc w mediach, że premier apeluje do PO o wycofanie serii wniosków o votum nieufności dla poszczególnych ministrów. Wycofać ich bowiem nie można, tak jak votum nieufności dla całego rządu.
Gdy jednak zajrzeć do oryginału, premier prosi o rezygnację z popierania wniosków przez PO. Brawo - nie wiem, kto premierowi doradził, może sam pamiętał, co napisano w art. 115 i 116 regulaminu Sejmu. Tak pomyślałem, gdy na antenie TVN24 ujrzałem rzecznika rządu wyjaśniającego pod bramą gmachu rządu motywy prośby premiera.
Jan Dziedziczak oświadczył m.in., że chodzi o to, by Sejm nie zmarnował całego dnia na pustą debatę i dał do zrozumienia, że zależy to od Platformy. Otóż nie, skoro nikt już nie może wycofać wniosków, a zatem nikt - nawet marszałek - nie może odstąpić od debat nad nimi. Jeden człowiek może temu zaradzić - poza Sejmem.
Premier. Może podać do dymisji wszystkich swoich ministrów. Już o tym tutaj pisałem. Jeśli prezydent przyjmie te wnioski przed godz. 16.00 w piątek, gdy Sejm ma zacząć debaty o wnioskach PO, wnioski te, oraz debaty, staną się bezzasadne.
Kwadrans później spotkałem Janka Dziedziczaka w Sejmie. Wyjaśnił, że chodziło mu o to, by opozycja zgodziła się na odbycie sztucznych debat: marszałek otwiera, posłowie rezygnują z zabrania głosu, a potem odrzucają wnioski o votum nieufności. Te piękne gesty wykonują podczas transmisji w TV. Już to widzę.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)