Sala obrad Sejmu w 2/3 zapełniona. Loża rządowa pustawa, premiera nie ma, choć fotoreporterzy od dwóch godzin czekają na niego przy wejściu głównym. Pojawili się za to dawno nie widziani w sejmowych kuluarach Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski. Widocznie dzieje się coś naprawdę ważnego ;)
Optymiści twierdzili, że debata nad skróceniem kadencji nie potrwa nawet dwóch godzin. Gdy mówiłem o czterech-pięciu, pukali się w głowę. To prawda, że Prezydium Sejmu dało klubom po 10 minut w dyskusji, a kołom po 5 minut. To prawda, że Konwent Seniorów zaapelował, by nie zadawać tzw. pytań, które w tego typu debacie nie są niczym innym, jak politycznymi kuksańcami. Ale najpierw wystąpić musieli przedstawiciele wnioskodawców, a tym nie wolno ograniczać czasu wystąpienia.
Jerzy Szmajdziński (SLD) czytał. Nie spieszył się. Wygłaszanie tego, co napisano mu na 12 minut, trwało prawie 20. Wyliczał dziwne kreatury, jakie dostrzegł w rządzie w ostatnich dwóch latach. Rozstrzygnął też spór, który trwał od kilku tygodni i w którym odnotowano już wiele sprzecznych wypowiedzi przedstawicieli lewicy. Oświadczył mianowicie, że klub SLD zagłosuje tylko za swoim wnioskiem o skrócenie kadencji - zatem gdyby ten upadł, upadną też głosowane nastepnie wnioski PO i PiSu.
Donald Tusk (PO) głównie improwizował. Rozwijał twórczo myśl, że obecność wśród trzech wniosków - PiSowskiego świadczy o bezwarunkowej kapitulacji tej partii i jej rządu, a PO tę kapitulację przyjmuje. Szef Platformy co jakiś czas obiecywał: Już nie wspomnę o... - po czym w 10-20 zdaniach opowiadał, o czym nie zamierzał wspomnieć. Chodziło głównie o katastrofy, jakie przyniosły krajowi rządy PiS, więc od biedy można uznać, że Tusk mówił na temat (skrócenia kadencji). Zajął dwukrotnie więcej czasu niż szef klubu SLD.
Jacek Kurski (PiS) zmiksował kartkę z improwizacją w proporcji 2:1. Czytał, gdy starał się udowodnić, że to z winy PO nie powstał w 2005 rządu POPiSu, że stworzyło to konieczność powołania rządu PiS-SO-LPR, a rząd ten odniósł następnie tyle sukcesów, że tylko wyliczenie najważniejszych trwało kwadrans. Improwizował przekonując PO, że przegra ona wybory, czym zapewne chciał ją zachęcić do głosowania przeciw skróceniu kadencji. Długością mowy Kurski o połowę przebił Tuska, bo musiał też próbować zapanować nad pokrzykującą lewą stroną sali. Gdy mu się nie udawało, prosił marszałka:Proszę uciszyć te żywe symbole komunizmu, które tam siedzą.
Teraz zaczyna się właściwa debata. Powinna potrwać do 20.20. Ale czy potem posłowie niezależni, ci z LPR i Samoobrony, a także ci z klubów formalnie popierających apel Konwentu - powstrzymają się od tzw. pytań? Czy potem Sejm bez przerw, bez wahań przejdzie do głosowania?... Pytania retoryczne?


Komentarze
Pokaż komentarze (52)