Nowy parlament nie będzie się chyba znacząco różnił od obecnego. Dałem wyraz temu przekonaniu dziś rano. Zdaniem wielu wybory są zatem bezsensowne - szkoda ponad 100 milionów złotych, nowa koalicja mogła powstać w obecnym Sejmie: PO-PiS, albo PO-SLD-PSL-coś tam.
To rozumowanie poprawne z punktu widzenia arytmetyki i arytmetycznie rozumianej polityki - ale sprzeczne z ideą demokracji opartej na wyborach powszechnych. Nie jest to pewnie ustrój idealny, ale wciąż nie wymyślono lepszego.
Prawie każdy ma nadzieję, że coś w wyborach ugra. PiS i PO liczą, że wyraźnie pokonają rywala i będą rządzić z pomocą jednego małego partnera lub wręcz samodzielnie. SLD chce zostać rozgrywającym, a nawet zwasalizować Platformę. Samoobrona i LPR ufają w poczucie sprawiedliwości wyborców i rewelacje Janusza Kaczmarka. PSL pokłada nadzieje w powiedzeniu: milczenie jest złotem.
Przedterminowe wybory to ich prawo. Zwłaszcza, że to dopiero drugi raz w burzliwej historii popeerelowskiej RP (1991 nie liczę - to była wyższa konieczność). Nie można wykluczyć, że nowy układ po wyborach ułatwi wyjście z pata mijającej kadencji. A jeśli nie, to politycy - inaczej niż dziś - będą zmuszeni wybierać spośród koalicji złych i gorszych. Stracą wyborczy argument, szansę wciskania nam kitu, że rzeczywistą wolą Polaków jest dziś rząd / samego PiSu / samej PO / niepotrzebne skreślić.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)