Namawiał mnie przed chwilą Marek Kajdas, bym z kolei namawiał Polaków do udziału w wyborach. Szczerze wątpię, czy media mają tu rzeczywiście wiele do zrobienia, nie bardzo zaś wiem, jak mógłbym to robić w programie informacyjnym.
Frekwencja zależy głównie od natężenia emocji w elektoracie. Zwykłem sądzić, że od emocji pozytywnych. Długo przekonywaliśmy się w Polsce nawzajem, że uczucia takie powstają z kolei w wyniku pozytywnej kampanii, zatem partie powinny zapomnieć o istnieniu rywali i koncentrować się na swoich propozycjach programowych.
Im ostrzejsze stawały się kampanie, tym więcej było takich nawoływań. Gdyby zbadać frekwencję i jakoś zmierzyć temperaturę kampanii, stopień jej brutalności, to by się może udało w polskich warunkach udowodnić powyższą tezę.
Za 6 tygodni frekwencja może być najniższa w dziejach po 1989, choć nieco bardziej prawdopodobny wydaje mi się jej wzrost do około 50%. A może to wszystko jest tylko przypadkiem? Może emocje negatywne też mogą pchnąć do urn?
W ostatnich wyborach prezydenckich we Francji frekwencja była dwa razy wyższa niż bywała w Polsce w tym stuleciu. A przecież Nicolas Sarkozy i Ségolene Royal nie bawili się w grzeczności. Było pewnie mnóstwo czynników, które sprawiły, że aż tylu Francuzów głosowało w maju. Ale przynajmniej można zaryzykować tezę, że kampania ostra i brutalna specjalnie frekwencji prezeszkadzać nie musi...?


Komentarze
Pokaż komentarze (71)