W toczącej się od lat debacie, czy dorośliśmy już do ordynacji większościowej - zwykle stałem z boku. Mimo ciągłego grzebania w ordynacji niby proporcjonalnej nie udało się zapewnić stabilności rządów, więc argument za zmianą jest oczywisty.
Ale jako wychowanek tradycji pięcioprzymiotnikowej tkwię w wierze, że proporcja to system sprawiedliwszy. Ponadto, jako umysł arytmetyczny, zawsze pewnie bać się będę, że przydarzy się nam to, co przed laty Sri Lance, kompromitując JOWy, a może nawet zrażając znaczną część Polaków do demokracji w ogóle.
Ale - czy warto się bać aż tak? Czy rządy wyłaniane w ostatnich latach mają formalnie poparcie większości? Oczywiście nie. Argument ten bywa przez niektórych używany do podważania prawomocności gabinetów, co jest oczywiście absurdalne, ale trudno nie zauważyć, że wyborców stojących za partiami rządzącymi jest niewielu, a liczba ta maleje z roku na rok. W 2001 rząd stworzyły SLD i PSL, na które głosowało w sumie 6511 tys. osób, czyli 22% uprawnionych do głosowania, a przed dwoma laty koalicja PiS-LPR-SO miała wyborców 5474 tys., czyli 19%.


Komentarze
Pokaż komentarze (95)