Przyznam szczerze, że stanowiska jakie zajęły partie opozycyjne po zakończeniu czerwcowego szczytu UE wydały mi się nieco zastanawiające. SLD było łatwe do rozpracowania. Politycy, którzy przez układ rządzący są postrzegani jako Ci, którzy prowadzą politykę zagraniczną na kolanach pragną oczywiście kompromisu, nie wdawania się w wojny wewnątrz unijne, nie narażania się na zgrzyty w stosunkach z silniejszymi państwami, a przede wszystkim z naszym najważniejszym partnerem, Niemcami. Ta logika jest może bardzo uproszczona, ale w gruncie rzeczy, stosując powyższą tezę o SLD, jest racjonalna.
Większe zdziwienie budziła postawa PO. Tym bardziej, że w przededniu szczytu okazali łaskawość i drugi raz spełnili swój postulat z początku kadencji o spójnej polityce zagranicznej i nie wikłania jej w krajowe spory. Postawę krytykującą negocjacje Polski przyjąłem, ale nie wgłębiałem się w nią. I tak ni z stąd, ni zowąd przyszło mi do głowy, że jakkolwiek zakończyłby się szczyt, Platforma zachowałaby się bardzo podobnie. Pierwiastek był bowiem nie do obrony w sporach między Polską, a całą Europą (bo rola Czechów, jako naszych partnerów była ledwo widoczna). Donald Tusk wiedział o braku szans na realizację polskich postulatów, które przedstawiał J.Kaczyński. Jacek Saryusz-Wolski jasno podkreślał, że w sytuacji, gdy pan Cichocki z panią Ośniecką wywalczyli zapis o debacie nad systemem głosowania nie ma sensu drążyć dalej sporu w burzliwym momencie i napiętej atmosferze, a zaczekać, do międzyrządowej konferencji, gdzie te sprawy tak naprawdę mają się rozstrzygnąć. To było ewidentnie sprzeczne z linią PO, a jednocześnie nie na rękę przewodniczącego Saryusza-Wolskiego.
Początkowe poparcie dla rządu i koncyliacyjna uchwała sejmowa były tylko elementem gry, która miała zakończyć się i zakończyła ukazaniem dyletanctwa polskich decydentów, którzy z racji faktu, że nie są Platformersami, nie zdołali uzyskać zadowalających rezultatów.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)