19 obserwujących
537 notek
252k odsłony
  414   0

bł. Symforian Ducki

http://www.harmeze.franciszkanie.pl/index1.php?zm=48
http://www.harmeze.franciszkanie.pl/index1.php?zm=48

 

 

Niewiele dziś wiemy o przeszłości Feliksa Duckiego. Urodził się w 1888 roku w Warszawie i w tym mieście ukończył edukację. Nie wiadomo gdzie zetknął się z kapucynami. Być może powołanie zrodziło się w nim gdy w pobliżu miejsca gdzie mieszkał na krótki czas osiedlili się kapucyni. Było to na Powiślu, kapucyni w latach 1908 – 1912 roku zamieszkali przy obecnym kościele Matki Bożej Częstochowskiej, przy Trasie Łazienkowskiej. Niedaleko kościoła znajdowała się kamienica, którą zamieszkiwali Duccy. W pisanym przez siebie pamiętniku określił siebie, już wtedy br. Symforian, jako długoletni kandydat do zakonu. Trudno dziś jednoznacznie określić co miał na myśli… 1 stycznia 1918 kapucyni powrócili do klasztoru na Miodowej w Warszawie (była to odpowiednio przystosowana kamienica, wybudowana w miejscu dawnego konwentu), skąd byli wygnani w wyniku kasaty po Powstaniu Styczniowym. Już dwa dni później Feliks zamieszkał w klasztorze. Zaczął się jego „postulat” – okres próby, w niczym nie przypominający tego co dziś nazywamy postulatem. Pierwsze miesiące bracia przeżywali w skrajnie trudnych warunkach, brakowało dosłownie wszystkiego. Początkowo Feliks sypiał na korytarzu przykryty własnym paltem. Już w miesiąc po objęciu klasztoru komisarzowi prowincjalnemu, o. Kazimierzowi Kuderkiewiczowi, groziło ze strony okupacyjnych władz niemieckich wysiedlenie z powodu braku zgody na zamieszkanie w stolicy. Znajomości Feliksa oraz „warszawski” charakter pozwoliły mu na uzyskanie odpowiednich dokumentów umożliwiających o. Kazimierzowi pozostanie w klasztorze. W swoim pamiętniku Feliks opisał również inne „zadania specjalne” które w tym czasie wykonał – m.in. uzyskanie 8 metrów zboża dla klasztoru, odzyskanie skonfiskowanego przez Niemców klasztornego dzwonu i dywanu, zorganizowanie klasztornej kuchni, tapczanów i innych sprzętów. W roku 1921 ukończył nowicjat w Nowym Mieście nad Pilicą i już jako br. Symforian, złożył swoje pierwsze śluby zakonne. Początkowo pracował w Warszawie, w 1923 r. został przeniesiony do Łomży. Trudno to sobie wyobrazić, ale błogosławiony miał odroczone na rok śluby wieczyste z powodu braku… ducha zakonnego. Wrócił do Warszawy, gdzie był odpowiedzialny za różne urzędowe sprawy. Po złożeniu w 1925 r. ślubów wieczystych kwestował w Warszawie na rzecz budowy Kolegium św. Fidelisa w Łomży. W roku 1932 pracował jako zakrystianin w odzyskanym klasztorze w Zakroczymiu, po czym powrócił na Miodową. Tu objął posługę socjusza komisarza prowincjalnego. We wspomnieniach braci zachował się jako człowiek atletycznej budowy, wysoki, o potężnej tuszy. Był człowiekiem inteligentnym, posiadającym towarzyską ogładę i umiejętność zjednywania sobie ludzi przez bezpośredniość, naturalność i prostotę. O. Ambroży Jastrzębski ciekawie podsumował duchowość br. Symforiana: „Mimo ciągłych kontaktów ze światem nie zatracił ducha pobożności i modlitwy. Miały one jednak u niego wybitnie cechy męskie. Modlił się gorąco i serdecznie, ale krótko. Zresztą na długie modlitwy nie miał czasu.” (o. A. Jastrzębski, „Kapucyni Prowincji Polskiej po kasacie”). 27 czerwca 1941 r. gestapo aresztowało braci klasztoru warszawskiego, osadzono ich na Pawiaku. 3 września bracia zostali przewiezieni do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tu skierowany został do prac fizycznych. Przez 7 miesięcy ciężkiej pracy, braku snu, nieludzkich warunków organizm Symforiana był skrajnie wyczerpany. Skierowano go na blok w Brzezince. W praktyce oznaczało to wyrok śmierci. Blok w którym umieszczono Symforiana przeznaczony był do eksterminacji. Noc egzekucji przypadła na 11 kwietnia 1942. Relację z wydarzeń kwietniowego wieczoru zawdzięczamy Czesławowi Ostankiewiczowi, obozowemu towarzyszowi br. Symforiana; razem pracowali w kopalni żwiru. Nie miała to być śmierć w komorze gazowej. Więźniom rozkazano ułożyć się na podłodze korytarza. Grupa egzekutorów zabijała więźniów rozbijając ich czaszki kijami. Trwało to około 15 minut. Zabito co piątego więźnia. Następnie wybranych więźniów wieszano i dopiero okładano kijami. Do śmierci. Przywódcą tej rzezi, za przyzwoleniem strażników, był „Matros”, oficer Armii Czerwonej, denuncjator, odpowiedzialny za śmierć ogromnej ilości osób. Znów rozpoczęto mordowanie leżących. Czesław Ostankiewicz wspomina (: „Willi (blokowy) i SS-mani bili brawo. Na ten znak reszta ruszył z zapałem do roboty. Kije grzechotały w zdwojonym tempie. Blok wył, skowyczał i skamlał jak katowany pies. (…) Nagle tuż przed „Matrosem” stanął wielki kościsty o. Symforian: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego!Oprawcę zatrzymał szeroki majestatyczny ruch ręki, czyniący znak krzyża. Chłop oczy wytrzeszczył i cofnął się w głąb sali. SS-mani wyszarpnęli pistolety. Zgraja morderców zbiła się w gromadę strwożoną i zdumioną zarazem. Symforian umilkł na chwilę, a potem robiąc znak krzyża nad całym blokiem, rzekł do nas (…): Wszystkim konającym, wszystkim wam, którzy okażecie skruchę i żal za grzechy, w imię Boga Wszechmogącego udzielam rozgrzeszenia. Bij go! –wrzasnął Willi. Nie ruszył się nikt. Przed krzyżem cofnęli się oprawcy i herszty w niemieckich mundurach. W oczach blokowego – wściekłość, strach, szaleństwo. Nieprzytomny rzucił się w przód i okrwawionym kijem trzasnął w siwą głowę. Symforian padł na kolana. Wstał. Zachwiał się i ostatnim wysiłkiem przeżegnał gromadę zbirów. Może nie wiedział już kogo żegna krzyżem Chrystusowym, a może wierny jego nauce, udzielał im swojego przebaczenia. Mówił coś, czegośmy najbliżej niego stojący już nie rozumieli i ze słowami tymi upadł na skos, zagradzając mordercom drogę do naszej buksy”. Po śmierci Symforiana oprawcy skończyli zabijanie więźniów i wyszli z bloku. Przez kilka następnych dni panował względny spokój. Część więźniów z bloku Symforiana wróciła do pracy. „Przed opuszczeniem bloku rzuciliśmy na wagonik ciało o. Symforiana. Ubrany był w mundur radziecki, w którym przyszedł na blok. Nikt mu tego ubrania nie zabrał. Nieśli go trzej z ocalałych: Staszek, Ziółkowski i ja” – czytamy w dalszej części wspomnień Czesława Ostankiewicza. 13 czerwca 1999 r. Jan Paweł II beatyfikował grupę 108 męczenników II Wojny Światowej, w tym pięciu kapucynów. Wśród błogosławionych znalazł się br. Symforian. Zakonnik, który w natłoku obowiązków często nie znajdował czasu na modlitwę, który dużą część czasu spędzał poza klasztorem załatwiając mnóstwo różnych spraw, który z powodu braku zakonnego ducha… W homilii, wygłoszonej w czasie beatyfikacji męczenników, Jan Paweł II powiedział: „(…) odżywa w nas wiara, iż bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością!”. W to wołanie, z mocą świadectwa swojej wiary, włącza się rwónież brat Symforian.

 za: http://www.klerykatijuniorat.pl/?tag=bl-symforian-ducki

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo