Mistrz pługa Mistrz pługa
354
BLOG

Wspomnienia z przyszłości - przełom w zespole AI

Mistrz pługa Mistrz pługa Innowacje Obserwuj temat Obserwuj notkę 4
Dzisiaj część w której poznamy początki europejskiej sztucznej inteligencji, która na podstawie zaawansowanych algorytmów przejęła kontrolę nad Unią by urzeczywistnić Strategię Lizbońską - uczynić Europę najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie, rozwijającym się szybciej niż te, no Stany Zjednoczone i jakieś tam, eeee, no Chiny oraz sposobem prowadzenia wojny na Dalekim Wschodzie.

To był kiedyś jeden z najważniejszych problemów trapiących Europę. Z 20 najpopularniejszych nazwisk w Danii, 19 kończyło się sufiksem -sen. Wszyscy ci synowie dawnych mizoginistycznych Duńczyków jakby nigdy nic trwali sobie w najlepsze, przenosząc nazwiskami zarazki patriarchatu w XXI wiek! Ci Hansenowie, Andersenowie, Pedersenowie, Christensenowie… Dopiero na 19 miejscu w częstotliwości występowania nazwisk pojawiał się Møller. Niby popularne nazwisko nie-patronimiczne, ale prostacko oznaczające profesję. Oczywiście męską! A przy tym i tak Møllerów było 8 razy mniej niż Nielsenów czy Jensenów. Gdzie zaś były setki generacji kobiet w cieniu budujących europejską cywilizację? W dupie patriarchatu rzecz jasna!

Ale do czasu! Otóż ich głos wołający przez wieki został w końcu dosłyszany i właśnie za to Elsa von Fernsehen dostała należną jej od dłuższego czasu nagrodę Nobla. Za przywrócenie pamięci o kobietach, bez których dzieje Europy byłyby tylko spisem wyczynów tępych samców w blaszakach na łbach, okładających się młotkami. To dlatego historia była teraz za Europą!

Profesorka Aleksandra Annadatter była więc w ideologicznym sensie córką Elsy, częścią jej dzieła renesansu Europy. Aleksandra Córka-anny była kiedyś Aleksandrem Synem-tomasza. Aleksander Thomsen jednak poza inteligencją cechował się także refleksem. Gdy więc jeszcze jako świeżo upieczony absolwent gościł w gabinecie profesora Meijeraa starając się o pracę przy europejskim projekcie AI, nie trzeba mu było prawie niczego dwa razy powtarzać.

Profesor Meijer rozparty wygodnie za biurkiem zawalonym papierzyskami, opakowaniami po legalnych jeszcze czipsach o smaku boczku i podstawkami z zaschniętymi fusami i obierkami z mandarynek, popijał kawę z kubka z napisem ‘Science is god…’.

Thomsen próbował zachować spokój. Grzecznościowo schrupał już parę chipsów, którymi poczęstował go profesor. Nie przepadał za chipsami, ale uznał, że poczęstunek dobrze rokował jego zatrudnieniu przy prestiżowym projekcie. Profesor zamiast jednak przejść do tematu ich spotkania dziwnie sapał i pomrukiwał. Thomsen zaczął się niepokoić. Dyskretnie próbował wytrzeć pocące się dłonie w jasne spodnie. Wtarł w ten sposób tłuszcz z czipsów, co niestety od razu zrobiło się widoczne. Zestresowało go to tylko bardziej, zupełnie niepotrzebnie, gdyż termin schludność nie istniał w słowniku profesora Meijer’a. Podobnie z resztą jak wiele innych, np. seks.

Czterdzieści lat wcześniej kobiety, dziki seks, piłka nożna i nauka fascynowały młodego Meijera, ale z biegiem czasu okazało się, że jedynie ta ostatnia nie przyniosły mu rozczarowań. O ile jeszcze Ajaxowi Amsterdam profesor był gotów wybaczyć wiele, to relacje z kobietami dryfowały w kierunku zimnej obojętności. Przez lata skupienia na nauce dotarły w rejony arktycznych pól lodowych gdzie profesorskie libido ostatecznie zamarzło. Po 40 latach ‘dziki seks’ mógł pojawić się w jego myślach już jedynie jako przypadkowa kombinacja słów, nie wiadomo przy tym, które z nich bardziej mu obce. Dla obecnego profesora Meijera w ogóle najlepiej by było, gdyby kobiety istniały sobie razem z kaloriami tylko w jakimś świecie równoległym. Niestety czasy się zmieniały i jego projekt poddany został krytycznej ocenie płciowo-tożsamościowo-rasowo-carbo-ekologicznej. I profesor Meijer miał przez to poważny problem.

Dodatkowo jeden z byłych współpracowników doniósł prasie, całe szczęście nie mogąc tego poprzeć nagraniem, że profesor żartował, iż nie zamierza zatrudniać w europejskim programie sztucznej inteligencji kobiet, gdyż kobiety z inteligencją łączą się niczym octem z wybielaczem.

Było to oczywiste kłamstwo! Meijera najbardziej denerwowało prostactwo tego pomówienia. Owszem uważał, że kobiety z inteligencją łączą się jak ocet, ale z nadtlenkiem! Z nadtlenkiem, na Hoofta!

Był do cholery europrofesorem, a nie gospodynią domową, by marnować sobie synapsy na jakiś cholerny wybielacz!

Poza tym co to miała by być za mieszanka? Jakiś gaz chlorowy, problemy hołoty korzystającej z publicznych basenów?

Ocet z nadtlenkiem, to dopiero była mieszanka! Efektem byłby kwas nadoctowy. Ale tego już żaden dziennikarzyna by przecież nie zrozumiał. Tu już nie wystarczyło chodzić do aquaparku, ale trzeba by było znać wzór chemiczny i słyszeć o peroksokwasach. To było na poziomie europrofesora, a nie jakiś plebejski wybielacz. Chciał to nawet tak wytłumaczyć Elsie von Fernsehen, ale całe szczęście Elsa miała w trakcie rozmowy na eurozumie ważniejsze sprawy. Za jej plecami stał pochylony, szepczący coś do ucha jej asystent Karl. Zrobiła więc tylko surową minę i zapytała:

- Czy może mi pan profesorze przysiąc, że nigdy nie porównywał pan kobiet do wybielacza i octu?

- Przysięgam na van der Waalsa i van der Meera, że nigdy nie mówiłem o wybielaczu i occie – oburzony profesor Meijer przysiągł solennie i sapnął – Mogę nawet dzisiaj poddać się próbie na wykrywaczu kłamstw!

Jego szczerość była tak oczywista, że Elsa przyjęła ją za dobrą monetę, choć nazwiska holenderskich noblistów były jej obce.

Sprawa przycichła, ale wtedy w nieunikniony (co zostało udowodnione przez amerykańskich naukowców) sposób przyszedł czas na krytyczne teorie i krytyczne oceny. Każda z nich była niestety dla zespołu Meijera - rezerwatu białych cis-samców miażdżąca.

Dlatego choć profesor choć miał szczerą chęć zatrudnić Aleksandra Thomsena nie mógł tego zrobić. Z litości poczęstował go chipsami i zastanawiał się jak się go szybko pozbyć.

Meijer miał w normalnej skali poważne problemy komunikacyjne, dlatego jego próba delikatnego potraktowania Thomsena mogłaby przez niewyrobionego obserwatora zostać oceniona na niezbyt taktowną.

- Nic z tego nie będzie – mruknął w końcu i odstawił kubek.

and scientists are demigods - Thomsen mógł doczytać motto z kubka. Zrobiło mu się smutno. Czyżby profesor uznał go za niegodnego?

- Ale dlaczego? – miauknął tylko cienko niczym bezbronne kociątko.

- Drogi kolego – zaczął profesor, Aleksander poczuł nadzieję niczym przebiśnieg decydujący się rozwinąć na powierzchni – Muszę zatrudnić kogoś bardziej, jak by to powiedzieć, odważnego.

- Odważnego? – Aleksander nie bardzo rozumiał – Ja jestem odważny, zrobię wszystko żeby pracować przy projekcie!

Choć jego miauczenie nie brzmiało zbyt przekonywująco profesor Meijer zaczął się głośno zastanawiać.

- No jak wszystko, to może by coś się dało zrobić, no tak – mruczał coś pod nosem, po czym zaczął przeglądać papiery w hałdzie po lewej stronie biurka.

- Gdzie ja to miałem? – mamrotał.

Aleksander Thomsen wiercił się na krześle niespokojnie.

- O! – Meijer krzyknął nagle triumfalnie wymachując jakąś kartką – Tu mam wskazówki z kontroli.

Thomsen pełen nadziei bezskutecznie próbował odczytać co było na niej zapisane.

Profesor położył ją przed sobą na pustym opakowaniu po czipsach. Zaczął ją czytać drapiąc się po głowie. W końcu zadał pytanie:

- Czy ma pan macicę?

Aleksander nieco się zdziwił.

- Eeee, no nie bardzo - wymiałczał.

- Szkoda, naprawdę szkoda – profesor przestał się drapać – To by dużo ułatwiło - popatrzył znad kartki badawczo.

- A nie mógłby pan sobie zainstalować? – w końcu zapytał.

- Ale co zainstalować? – Aleksander całkiem zgłupiał.

- No macicę przecież. Cóż niby innego? – teraz zdziwił się profesor.

- Nie wiem jak – przyznał Aleksander.

- Hmm – mruknął profesor – No to sam pan widzi, co ja mogę? A zapewniał pan, że zrobi wszystko – dodał rozczarowany.

- No tak, wszystko, ale nie macicę. Nie mogę zrobić czegoś innego? – zapytał przepraszającym tonem Thomsen.

- Wie pan, kiedyś to by wystarczyło pochwę, ale w dzisiejszych czasach to musi być jednak macica – powiedział ze smutkiem profesor.

Thomsen tak jak nie miał ochoty instalować sobie macicy, tak samo nie był zainteresowany pochwą. Obie nie bardzo były mu potrzebne, ale wolał się z tym nie zdradzać.

- Czy naprawdę nie mógłbym zrobić czegoś innego? – zapytał niepewnie.

- No jest jeszcze inna opcja, ale dużo niżej punktowana, a my potrzebujemy dużo punktów – profesor nie wydawał się zadowolony.

- A jaka jest ta opcja? – zapytał zdesperowany Aleksander.

- Skoro nie chce pan być mężczyzną z macicą, to musiałby pan chociaż formalnie zmienić płeć – przyznał profesor odchylając się w fotelu i patrząc wnikliwie na Thomsena – Cis-samców mamy już za dużo.

Aleksander zamarł.

Tanie krzesło skrzypnęło, Aleksander wstał. Był zdeterminowany niczym kamikadze.

- Zrobię to! – jego głos nabrał mocy.

- Brawo! – wykrzyknął profesor podrywając się z fotela. Wyciągnął grubą owłosioną łapę przez zagracone biurko. Aleksander odruchowo wyciągnął swoją, zapominając o tłuszczu z czipsów. Nie miało to oczywiście znaczenia. Wkroczył na Olimp i nawet nie musiał tracić jaj. Poświęcenie na które się zdecydował było niską ceną.

- I jeszcze proszę znaleźć jakieś pochodzenie niekaukaskie! – zawołał profesor machając mu na pożegnanie z drzwi gabinetu, gdy przed Aleksandrem na korytarzu otwierała się już winda.

- Wystarczy ¼ - głos Meijera dobiegł Thomsena zza domykających się drzwi windy.


Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie