Dziś po raz pierwszy w życiu oddałem w wyborach swój głos na „mniejsze zło”. Do tej pory zawsze udawało mi się uniknąć takiego scenariusza. Zawsze istniała bliska mym poglądom opcja polityczna, której przedstawiciele brali udział w wyborach parlamentarnych i samorządowych, a w wyborach prezydenckich oddawałem swój głos jedynie w pierwszej turze.
Dzisiaj, wracając do domu przez prawie 6 godzin rozmyślałem w samochodzie, co zrobić. Czy jak zwykle uznać, że po przegranej pierwszej turze zignorować drugą, czy też może wyjątkowo zagłosować na „mniejsze zło” ze wstępu, czyli Jarosława Kaczyńskiego.
Wydawać by się mogło, że po prezydencjach Kwaśniewskiego czy Wałęsy nic bardziej idiotycznego Polski spotkać nie może. Że nawet jak wygra Komorowski, to i tak byłby jedynie swego rodzaju „brukselskim namiestnikiem” polskiej prowincji Unii Europejskiej, podobnie zresztą jak Kaczyński, gdyż gros prawa obowiązującego w Polsce tworzonego jest w właśnie w Brukseli czy w Strasburgu. Tak zdecydowała sześć lat temu większość głosujących za akcesją Polaków i nie ma co tu wierzgać przeciw ościeniowi.
Powyższe skłaniałoby do decyzji o bojkocie wyborów tak, by okazać establishmentowi swą niezgodę na kontrolę rynku politycznego i jego okolic.
Wyjątkowo źle oceniam pseudo przemiany po 1989 roku w Polsce. Komorowski okazał się być dosyć żałosnym renegatem (choć może to też gra, gdyż w walce różnych służb dezinformacje gonią dezinformacje). Kaczyński natomiast, mimo braku sensownego programu gospodarczego, dawał kiedyś nadzieję na złamanie monopolu służb specjalnych, oraz powiązanych z nimi gospodarczych i mediowych grup interesów. Po porażce w 2007 roku, PiS niestety przyjął taktykę oswojenia, czy nawet zaprzyjaźnienia się z „wrogiem”.
Oddając dziś głos na Kaczyńskiego liczę, że powyższe to jego kolejna zwodnicza „intryga”.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)