W czasie studiów, w latach 80-tych zdarzyło mi się kilka razy pracować dorywczo w spółdzielni studenckiej. Naprawdę kilka, bo ja głównie studiowałem, ale byli tacy, którzy potrzebowali legitymacji studenckiej, żeby tam pracować. Rano ustawiałem się w kolejce pod biurem, wpisywałem na listę na drzwiach i czekałem. Do biura dzwoniły firmy, które potrzebowały iluś studentów, np. do przeniesienia pozostałości po remoncie, czy zasypania dołu w ziemi.
Istotą było to, że płacono za godzinę. Przy zleceniu wyznaczony z grupki brygadzista (zwykle ten, co miał najwięcej wpisów w książeczce) zaczynał negocjacje ze zleceniodawcą. Zwykle kończyło się na ustaleniu, że robota jest na pół dnia, a płacą nam dwie dniówki, po 8 godzin. Raz pamiętam bystrego brygadzistę, który wynegocjował 3 dniówki. Po wykonaniu roboty, następnego dnia bywalcy szli po kolejne zlecenie. Kończyło się, że ludzie o dobrych kontaktach "pracowali" na dobę średnio ponad 24 godziny.
No, ale to był socjalizm, system dla nas wrogi. A Dawidek doi swoją Polskę, w której rządzą jego koledzy i on.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)