Nie wiem czy to dlatego ze weekend minął i zaczynał się normalny dzień roboczy, czy spowodowane to było kilkoma szklaneczkami wina po kolacji, czy po prostu miałem objawienie. Nie śniły mi się lotkowe cyfry ani Sandra Bullock ani tureckie plaże. Nie owiewał mnie podmuch hawajskiej bryzy, nie marzyłem o byciu jednocześnie premierem i prezydentem ani o żonie wygrywającej nagrody Pullitzera. Ale był to sen którego bez sennika albo psychoterapeutycznej pomocy nie wyjaśnię. Było to chyba niekontrolowane zejście do podświadomości poziomu delta gdzie skumulowana energia szarych komórek przetwarzała się w obrazy powstające w mojej wyobraźni.
Przesuwały mi się przed oczami fantastyczne obrazy sceny z wieloma postaciami. Znanych polityków, aktorów, piosenkarek i dwudziestocztero-salonowych osobistości. Byli tam panowie Lech Kaczyński z Tuskiem przy stoliku z butelką wina oglądający zachód Słońca nad Bałtykiem. Obywali się bez towarzystwa przybocznych asystentów tłumaczącym im co jeden do drugiego powiedział. Przy innym stoliku w dalekiej Italii siedzieli nad butelkami wina p.p. Sadurski z Warzęchą rozprawiając o wyższości smaku trentinowskiego Teroldego Rotariano nad australijskim HunterValleySemillon. Z uśmiechem na ustachprzekomarzalisię które z nich lepiej pasuje do grilowanego steka.
Jak to we śnie prawdziwego mężczyzny przemierzałem czasoprzestrzeń rozpierając się na skórzanych siedzeniach najnowszego modelu BMW którym płynnie kierował Robert Kubica a na tylnych siedzeniach chichotały Edyta Górniak z Kasią Cichopek. I nagle w przebłyskach florenckiego, palącego słońca zobaczyłem, czule trzymających się za ręce, panów Sadurskiego z Terlikowskim wchodzących do bazyliki Santa Maria del Flore. Jak ogólnie wiadomo miejsce to po latach chrześcijańskiego jarzma zamieniło się w ekumenistyczne miejsce spotkań wyznawców uniwersalnej, boskiej energii.
Przeskakując znowu w czasie gdyż jak wiadomo sen nie zna granic i stara się korzystać z czasowych tunelów, zobaczyłem na warszawskich Powązkach żałobne uroczystości znanej z rozmów Okrągłego Stołu postaci. Przemówienie wygłaszał FYM a po nim Toyah. Obaj wychwalali wiekopomne zasługi pana BW potocznie nazywanego wujkiem. Z boku, w cieniu płaczących wierzb stała Venissa wymieniająca po cichu uwagi z Traube. Byli zatopieni w głębokiej w dyskusji o IPN’owskich metodach udzielenia psychoterapeutycznej pomocy rozpaczającym żałobnikom. Nie przeszkadzały im nawet donośne odgłosy” buuuuu…” wydobywające się z piersi garstki młodych wyrostków spod znaku najbardziej radykalnych rządowych kręgów.
Falowałem rytmicznie w rytm country oglądając migawki z pop koncertów z Dodą ubraną w suknię pod szyję. Denerwowałem się możliwymi następstwami konferencji prasowych posła Palikota występującego z krzyżem w reku i wylewającego demonstracyjnie podejrzany płyn z tzw. małpek. Podziwiałem redaktora Jankego na najwyższym stopniu podium po wygraniu slalomu alpejskiego w Szczyrku i wręczającego mu medal Galopującego Majora. Przeżywałem dumnie, patriotyczne uniesienia na wystawie rysunków Anity i Cezarego Krzysztofy oraz zamyślałem się podziwiając artystyczne akty zdjęciowego Infidela. Mignął mi nawet gdzieś w przelocie blogier gw1990 zbierający głosy pod swoją petycją reklamująca Marka Migalskiego jako posła PO do samorządowych wyborów w Wałbrzychu i jednocześnie oglądający na swojej komórce najnowsze twitterowe informacje od p.Leskiego.
Przebudziłem się nagle w środku nocy. Zlany potem i ze strachem w sercu. Nie mogłem się uspokoić. Serce waliło jak oszalałe. Zapaliłem światło aby odpędzić zmory-niewidy. Przewracałem się z boku na bok ale niesamowite obrazy powracały. Miałem dość. Aby się uspokoić wstałem, wsunąłem stopy w pantofle, okryłem szlafrokiem i włączyłem komputer. Zabrałem się do studiowania porannej prasy i ostatnich wpisów w salonie s24.


Komentarze
Pokaż komentarze