Tak jak w polityce, również w dziennikarstwie są ludzie Swoi i Swoi-Nie-Do-Końca.
Oczywistym przykładem na tę drugą kategorię wśród polityków jest Radosław Sikorski. Choćby się nie wiadomo jak starał się udowodnić swoją wierność i lojalność obecnemu kierownictwu, nigdy nie będzie traktowany jak prawdziwy platformer. Do końca swojej kariery w PO będzie tym podejrzanym, który już raz zmienił barwy partyjne. A im bardziej będzie tym podejrzanym, tym bardziej będzie musiał pokazywać, że zasługuje na zaufanie Partii.
W dziennikarstwie (w tym prawdziwym, bezprzymiotnikowym dziennikarstwie - w odróżnieniu od dziennikarstwa prawicowego) odpowiednikiem Sikorskiego jest Tomasz Wołek. Człowiek, na którego zawsze można liczyć, kiedy trzeba dopieprzyć kaczorom, choćby najgłupiej. W radiowym zestawie z Żakowskim, Władyką i Lisem to Wołek jest tym najgorliwszym, najgłośniejszym, najbardziej pryncypialnym.
Pechem Wołka jest jego przeszłość. Nie pamiętają już tego najstarsi czytelnicy i słuchacze, ale - jak pisał Ten, Który Leży Na Skałce - "poeta pamięta". W tym konkretnym przypadku ów zbiorowy poeta pamięta, że Tomasz Wołek był swego czasu naczelnym ś.p. "Życia" i w owych zamierzchłych czasach pisał coś dokładnie przeciwnego, niż pisze obecnie, i mówił coś zupełnie innego, niż mówi teraz. I dlatego choćby (znów cytując poetę) nie wiem jak się natężał, nigdy nie będzie Wołek prawdziwym, bezprzymiotnikowym dziennikarzem, takim jak Tomasz Lis, Jacek Żakowski, czy Janina Paradowska. A kiedy już zdarzy się Wołkowi napisać artykuł w niewłaściwej gazecie - choćby tekst był najsłuszniejszy i tak błagonadiożnyj, że mógłby wyjść spod pióra samego Daniela Passenta - zawsze będzie musiał się tłumaczyć z tego, że publikuje w czymś takim. Że to nie jego pomysł. Że nie zboczył z jedynie słusznej linii. Że trwa i czuwa.
I właśnie tutaj jest - i zawsze będzie - różnica pomiędzy takim Wołkiem, a Żakowskim, Lisem, Kuczyńskim: oni nie muszą się tłumaczyć przez Towarzystwem. On będzie musiał zawsze.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)