Przeczytałam wiadomość z „Dziennika” i naszła mnie niepokojąca myśl. Czy aby nie należy się spodziewać, że Niemcy dowiedziawszy się o znalezisku, zażądają jego zwrotu? I czy nie należałoby zadośćuczynić takiemu żądaniu?
Przypomniałam sobie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił prof. Tono Eitel, główny negocjator ds. zwrotu niemieckich dzieł sztuki. Powiedział on wówczas m.in. „Gdy w wyniku wojny jakieś dobra zostają zabrane i przeniesione w inne miejsce, to przyjęto określać je mianem łupu. Berlinka to ‘looted art.’, mówiąc po angielsku.”
Trudno zaprzeczyć - rozkaz Führera w wyniku wojny został zabrany i przeniesiony. Mówiąc krótko - łup. Mówiąc po angielsku - „loot”.
W pamiętnej rozmowie z dziennikarzem prof. Eitel wprowadził istotne kryterium wyboru dóbr podlegających zwrotowi: „Gdyby to były obrazy, rzeźby - nikt nie robiłby wielkiego problemu. Ale tu chodzi o manuskrypty naszych największych twórców, m.in. rękopis naszego hymnu narodowego. To po prostu nasze narodowe dziedzictwo, jego miejsce jest w Niemczech”.
Nie ulega wątpliwości, że rozkaz Hitlera nie jest ani obrazem, ani rzeźbą, natomiast po części jest manuskryptem. Bezsprzecznie stanowi integralną część dziedzictwa narodowego Niemiec. Rzekłabym – jedną z najistotniejszych części tego dziedzictwa.
Jak słusznie podkreślał prof. Tono Eitel – „Beethoven był Niemcem, pisał po niemiecku. Tu powinny znaleźć się jego rękopisy. Jakby pan się czuł, gdyby rękopisy Sienkiewicza czy Mickiewicza spoczywały w niemieckich magazynach? Polska równie mocno domagałaby się ich zwrotu.”
Rozkaz Hitlera i odręczne adnotacje Wodza są napisane po niemiecku. Więc....
Zastanowiłam się jakbym się czuła, gdyby rękopisy Piłsudskiego czy Paderewskiego spoczywały w niemieckich magazynach...
Więc niech Niemcy zażądają zwrotu tego rozkazu. I niech Polska im go odda. Myślę, że z punktu widzenia niemieckiej spuścizny narodowej ten dokument jest ważniejszy, niż cała Berlinka razem wzięta. Niech go sobie wezmą na pamiątkę. Zamiast.



Komentarze
Pokaż komentarze (12)